wtorek, 17 września 2013

Australia aka Mordor - kraina ognia i bezkresu

Niestety, ale nawet w Australii czasem pada. W zimie nawet nie czasem, oprócz tego roku, który jak do tej pory odznacza się dość nietypową pogodą. Deszcz, jak zresztą wszędzie na świecie, wszystko nam psuje. No bo jak mamy day-off, to nic, tylko siedzieć cały dzień w domu, zamulać i klnąć, bo dzień wcześniej wywiesiło się pranie, które w tej sytuacji aktualnie pierze się drugi raz. A jeśli pracujemy, a zakładamy że jak większość młodzieży uczącej się, pracujemy w hospitality, czyli naszej rodzimej gastronomii, to jest to po prostu dramat w jednym akcie. Każdy nowy stolik witamy z uśmiechem i niekłamaną radością, szukamy najróżniejszych zajęć, a po 3 godzinach i tak nas puszczają do domu, bo jest pusto. Tylko jak tu wyżyć, jeśli się ma zmiany 3-godzinne? Dlatego też lepiej, gdy nie pada...
.
.
Nie do końca! Deszcz to w zasadzie najlepsze, co może się tutaj wydarzyć wczesną wiosną. Ostatnia podróż z naszym doświadczonym przewodnikiem dała nam trochę do myślenia. Otóż jadać drogą z obu stron obrośniętą zbitym gąszczem roślin pomyślałam "Wow, jakie fajne drzewa. Niby taki jasno-zielony i przejrzysty las, ale pnie takie czarne, robią mroczny klimat". Że jestem blondynką to żadna nowość, ale jak się nie ma z tym na co dzień kontaktu, można się pomylić - pnie były czarne, ponieważ były spalone. A dodam jeszcze, iż znajdowaliśmy się wciąż na terenie Sydney. No cóż, zdziwiło mnie to, ponieważ słysząc nieraz w mediach o pożarach w Australii, widziałam obrazy hektarów lasów pożeranych przez ogień. Sądziłam że taki pożar zostawia po sobie obraz godny Warszawy po II wojnie światowej. Jednak mateczka przyroda do spółki z ciotką ewolucją zadbały o to, by tak nie było. No bo przecież wtedy mielibyśmy na mapie plasterek spalonego na obrzeżach boczku zamiast tej wbrew pozorom zielonej krainy. Okazuje się, że pożary lasów wcale ich doszczętnie nie niszczą. Drzewa potem odrastają, a co więcej, potrzebują tych pożarów! Po pierwsze, popiół użyźnia ziemię, ale to wiemy wszyscy. A co może nie jest do końca takie oczywiste to to, że niektóre drzewa potrzebują wysokiej temperatury, by ich nasiona wykiełkowały Z kolei eukaliptusy posiadają tak zwane pąki śpiące, które jak sama nazwa wskazuje, śpią. Dopóki nie pojawi się pożar - dopiero wtedy się uaktywniają. Aby zapewnić sobie możliwość rozrostu, rośliny te produkują łatwopalne związki eteryczne i same się zapalają. Pożarów w Australii się nie gasi, dopóki nie zagrażają ludziom, a na dodatek wywołuje się je - skoro i tak czy siak lasy mają się zapalić, to po co czekać i pozwolić im palić się jak im się podoba? Robiąc niewielki research na ten temat odkryłam także, iż w Australii tematyka ta to iście gorący temat (taki sucharek tematyczny...). Gdy poszuka się głębiej, można znaleźć całą masę artykułów opisujących wpływ pożarów na kształtowanie ekosystemu lasów eukaliptusowych (jakby ktoś był niesamowicie głodny wiedzy, to polecam: Christensen P., Impact of fire in the eucalypt forest ecosystem of southern western Australia: a critical review ).
Ale w dalszym ciągu chyba nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić tego, jak wygląda pożar w Australii. Ok, hektary ognia brzmią bardzo poetycko i myślimy sobie, że musi to być bardzo dużo. Jednak dopiero jadąc w kierunku Royal National Park, ujrzałam bezkres drzew i gdy pomyślałam, że od półtora miesiąca nie padało (na szczęście następnego dnia lunęło żabskami), zaczęłam wyobrażać sobie ten krajobraz w ogniu. Posłużę się tutaj obrazkiem z internetu, w niewielkim stopniu oddaje to, co można sobie wyobrazić. Nie porównam tego słowami, ponieważ nie znam w Polsce takiego miejsca, w którym stojąc, moglibyśmy zobaczyć jak na dłoni tak ogromną i bujną połać lasów.


....a teraz wyobraźcie to sobie, ale X razy bardziej. Ponieważ na zdjęciu widać zaledwie jeden pagórek pokryty ogniem. Natomiast ja miałam przed oczami dziesiątki ciągnących się pagórków, tak daleko, jak tylko sięgał wzrok. I nie było to jakieś szczególne miejsce, była to zwyczajna droga ciągnąca się wzdłuż drzew, czasami odsłaniająca większy widok. Dodatkowo, to nie jest tak, że gdy płoną, to jakieś odległe lasy w głębi kraju. Wszystkie wielkie miasta znajdują się na wybrzeżu, gdzie panuje znacznie łaskawszy klimat. Samo Sydney jest bardzo zielone, pełne parków i drzew, a gdy odjedziemy 10km za centrum, spotykamy pierwsze lasy. Jednak klimat nie jest aż tak przyjemny - w dalszym ciągu upalne lato to ogromne zagrożenie, nawet dla nadmorskich miejscowości. Historia zna przypadki, gdy Sydney znajdowało się w pierścieniu ognia o średnicy kilku tysięcy kilometrów. Pył nadlatuje nad miasto, uniemożliwia normalne funkcjonowanie, ludzie są przerażeni, tysiące owiec giną, wielu ludzi również, straty sięgają dziesiątek milionów dolarów. A mimo to, pożary w Australii są czymś normalnym.. I pomimo dramatu jaki to za sobą niesie, podobno przejazd nocą przez płonące drogi to niesamowite przeżycie. Tutaj mała namiastka tego, co to może oznaczać:

Tak by to wyglądało w ciągu dnia, gdyby był to zaledwie lekki pożarek, jedno płonące drzewko. Natomiast nocą, nieco większy kaliber, wyglądałby tak:


Dlaczego używam trybu przypuszczającego? Ponieważ zobaczenie takiego widoku nie jest takie oczywiste i dostępne dla każdego. Oczywiście wszelkie drogi są zamykane, dopóki żywioł nie będzie pod pełną kontrolą. Gdzie więc można zobaczyć taki spektakl na żywo? Na outbacku!

I tak oto mozolnie dotarliśmy do drugiej części tejże wypowiedzi. Czym jest outback? Stuprocentowym duchem Australii! Po prostu, wsiadamy w samochód i jedziemy. Ale ale, to nie jest Europa, nie jedziemy sobie od miasteczka do miasteczka, autostradą, przez lasy, wioski, cokolwiek. Im bardziej do środka kraju, tym bardziej pusto. Jedziesz całymi dniami przez pustkowia, często nie spotykając zbyt często innych samochodów. A podobno najwięcej można spotkać emerytowanych dziadków w camperach podróżujących gdzie się tylko da. Australia jest najbardziej płaskim kontynentem, gdy znajdziemy się w głębi kraju (podobno godna polecenia jest trasa Sydney - Uluru), znajdujemy się na bezkresnej płaszczyźnie. Użyję bezpośrednio słów naszego kolegi, wielkiego miłośnika outbacku: Jadąc w nocy, na długich światłach, w pewnym momencie zobaczymy na przeciwko nadjeżdżający samochód. Ty jedziesz 110km/h, on jedzie 110km/h. Mijacie się po upływie pół godziny. I kiedy tu zmienić te długie...

Właśnie na takiej wyprawie możemy ujrzeć pożary w całej swej okazałości, ale trzeba bardzo uważać. Na takiej wyprawie zobaczymy jeden z motorów napędzających australijską gospodarkę - ogromne tiry, po kilka przyczep, pędzące jak szalone przez pustynie (silne lobby ciężarówkowe i istotna pozycja Quantasa są przyczyną, dla której kolej w Australii nigdy nie rozwinęła się tak, jakby mogła). Zobaczymy dzikie zwierzęta i tutaj trzeba uważać na kangury, bo bywają agresywne i atakują samochody, kopiąc tylnymi nogami. Dodaj do tego nocleg na pustyni pod gwiazdami, przy ognisku i aż chce się jechać. Ale oczywiście nie jest to wyprawa dla każdego ;) Trzeba się nastawić na spartańskie warunki oraz... niezapomniane przygody, cudowne krajobrazy i wiele, wiele innych rzeczy trudnych do opisania. Niestety, ponownie jak w przypadku pożarów, nie doświadczyłyśmy tego na żywo i nie posiadamy zdjęć, posłużę się wujkiem google:



Mam nadzieję, że przed powrotem do domu również będziemy mogły się pochwalić zdjęciami z outbacku ;)


niedziela, 15 września 2013

Jak obcować z kangurami oraz gdzie plażować.

Niestety, ostatnio rutyna nas trochę zabiła, nie było o czym pisać, nie było czasu na refleksje, w sumie to niewiele było poza pracą i szkołą. Aaaale przełamałyśmy to! Zaliczyłyśmy dwie ciekawe wycieczki iiii mamy trochę nowych przemyśleń :)

Po pierwsze - kangury! I tak, koniec z pytaniami "Czy widziałyście kangura?". No ba! Prawdę powiedziawszy już samo ujrzenie słynnego australijskiego znaku z kangurem, wywołało u nas pisk radości i ekscytację. Ale po kolei, co, jak, dlaczego i gdzie. Pojechałyśmy do Morisset. Dlaczego tam? Bo tam można zasmakować kontaktu ze zwierzętami w swoim naturalnym środowisku, na dodatek jest to otwarty park i nie trzeba płacić za wstęp. Nie każdy wie o tym miejscu, bo nie jest ono w ogóle turystyczne, nie ma reklam, wszechobecnych broszur ani ulotek w centrach handlowych. Na całym świecie jest tak, że najlepiej odwiedzać miejsca, które wskaże nam ktoś, kto jakiś czas mieszka w danym kraju/mieście i ma trochę większe pojęcie ponad to, co jest w przewodnikach. Do naszego parku ciężko się w ogóle było dostać, blisko 2,5 godziny jazdy autobusem, a potem jeszcze trzeba przez godzinę iść drogą przez las.. Próbowałyśmy łapać stopa, ale jedyny kierowca który się zatrzymał, wiózł czwórkę dzieci i zapytał czy wszystko ok. Po długim marszu w lekkim skwarze (chwała bogu, że to dopiero początek wiosny, w lecie byłby koszmar), doszłyśmy na polankę i zaczęłyśmy popiskiwać "O mój boże! Patrz! One tam są! Widzę je! Widzę ich uszka!". Przygotowałyśmy po kromeczce chleba i weszłyśmy na polanę... I się przestraszyłyśmy.
  Ponieważ gdy kangury nas zauważyły, zaczęły biegnąć do nas zewsząd, a nie wiedziałyśmy tak naprawdę czego się można po nich spodziewać. Cóż, z kangurami trzeba ostrożnie ;) Bo mogą się zdenerwować, gdy nie da się im kromki. Jeżeli widzą, że trzymamy ją w ręce, a nie chcemy im dać, zaczynają drapać. Tru strony, ja do dzisiaj mam sznity na przedramionach. Ale jak już zobaczą, że nic nie mamy, jest spokojnie. Można się z nimi powygłupiać, zapozować do zdjęcia i nie obawiać się o swoje życie. Doświaczenie niewątpliwie bardzo emocjonujące, spotkać na żywo zwierzę, które znane nam było tylko z kreskówek i filmów. Oczywiście dla Aussich zwierzęta te to jak dla nas sarny, są wszędzie. Mimo to spotkaliśmy parę z miasteczka, młody chłopak z dziewczyną, którzy mimo przywyknięcia do kangurów lubili się czasem wyrwać do parku i z nimi poobcować. Widząc że wracają zatrzymałyśmy ich i bezczelnie wepchałyśmy się do samochodu na darmową podwózkę ;) Wycieczka na ogromny plus, jeżeli ktoś chce zobaczyć te zwierzaki, niech zapomni o płatnych parkach i zoo. Nam się udało bardzo niskim kosztem zwiedzić kawałeczek Australii z okien autobusu, spotkać kangury w ich środowisku i mieć z nimi taki kontakt, na jaki tylko miałyśmy ochotę, bez ograniczeń, plakietek z napisem "Please do not feed the animals" itd.


No i teraz druga wycieczka, na którą zabrała nas nasza lokalna dobra duszyczka. Całkiem niedaleko, bo zaledwie 20km od Cantenbury, znajduje się Royal National Park. Niestety dojazd tylko samochodem, wjazd do parku 11$ od samochodu. Ale jakie widoki! Już sam park jest piękny, jedzie się krętą drogą wśród drzew, w pewnym momencie jest jezioro, przepiękne, ale to nie był nasz cel, my jechaliśmy dalej. Po jakimś czasie pojawiają się między drzewami przebłyski ogromnego błękitu. Ocean! No cóż, byłyśmy już wcześniej na plaży, ale Bondi to plaża miejska. Ta jest zupełnie inna. Bardziej dzika, naturalna, zachwycająca, do tego ocean o niesamowicie błękitnym kolorze.
Woda niestety wciąż lodowata, a fale ogromne. Podobno w lecie często bywają tam surferzy, miejsce wydaje się wręcz idealne. Ach jak bardzo chciałyśmy wskoczyć do wody.... Niestety nie byłyśmy na to przygotowane, żadnego ręcznika, rzeczy do pływania. Zamiast tego postanowiliśmy wspiąć się na klif. Wspinaczka przez krzaki dostarczyła wielu emocji - udało nam się spotkać kolczatkę (coś a la połączenia jeża z mrówkojadem), jaszczurkę długości 50cm, pelikana oraz... Maleńkiego czerwonego pajączka, na pewno jadowitego, akurat próbował wejść do naszej torby. Z klifu widok był równie piękny, przestwór oceanu, przyjemna bryza na twarzy, szum fal i spokój. Takie miejsca warto odwiedzać! I po raz kolejny, nie jest to szczególnie turystyczne miejsce, dzięki temu nie ma tam wielkich tłumów i ciasnoty. Naprawdę bardzo dobrze jest znać kogoś, kto zna miejsca ;) Poruszając się od atrakcji do atrakcji często omijamy szczególnie piękne miejsca, które oferują nam znacznie więcej, niż prywatne ośrodki czy popularne plaże. W takiej Australii można się absolutnie zakochać. A podobno najciekawiej jest na outbacku, ale o tym w następnym wpisie ;)

Ach ten widok... Całe szczęście, że nikt nie może nam odebrać wspomnień i obrazów, które mamy zachowane w głowie.

piątek, 6 września 2013

Wieczorna magia Sydney

Gdy się chwilę pomieszka w Sydney, można poznać na pamięć rozkład jazdy ulicznych artystów. Na przykład, wychodząc popołudniu ze stacji metra Town Hall na George Street, często możemy spotkać faceta ubranego a la Michael Jackson, który co prawda nie śpiewa równie dobrze jak on, ale tańczy i robi show. Gdy pojawiam się tam koło 22, zawsze spotykam starszego pana, który siedzi przed Woolworthsem (sieć supermarketów) i puszcza muzykę z jakiegoś odtwarzacza. W weekend zawsze znajdzie się parę pijanych dziewczyn tańczących dookoła niego, śmiejąc się w niebogłosy ;) Schodząc po schodach na stację metra, spotykamy starszego pana z Ameryki Południowej, grającego na gitarze. Gdy w piątek wychodzę z pracy i idę przez Darling Harbour, najpierw mijam gościa, który stoi na jakiejś dziwnej konstrukcji i żongluje kręglami mając na głowie konstrukcję płonącą żywym ogniem. Kawałek dalej możemy spotkać dziewczynę, tańczącą z ognistym hula-hop. Dzisiaj pojawiła się nowość, bo u podnóży biurowca jeden z firm Wielkiej Czwórki siedział młody chłopak grający na gitarze, śpiewający jakąś piosenkę, wzbudzającą w mym sercu silną tęsknotę za czymś bliżej nieokreślonym. Naprawdę, zrobił na mnie wrażenie. O ile zeszły piątek zapisał się niechlubnie w naszej pamięci jako przerażający wieczór na King's Cross, o tyle ten w mojej pamięci zapisał się jako przyjemny i magiczny. Gdyby przejść całe centrum wieczorem w trakcie weekendu, napotkamy wielu różnych ulicznych artystów, prześcigających się w pomysłach. Wystarczy do tego dodać widok na zatokę oraz operę i od razu, odczuwamy to, że jesteśmy w specyficznym miejscu. Wczoraj znajomi zabrali nas do ciekawego pubu, z dość niezwykłym widokiem:



Ach gdyby nie musieć tutaj pracować i jedynie cieszyć się urokami miasta... Zapewne szybko by nas to znudziło i udałybyśmy się wgłąb kraju, do buszu, albo na północ, do Queensland, do raju surferów ;)

Kolejna magia spotkała nas tuż przed naszym domem. Wiewiórcia po powrocie z pracy oświadczyła, iż stało się nieuniknione - przed naszym domem jest huntsman. Czym jest huntsman? Czymś, czego tygryski się boją najbardziej - ogromnym, paskudnym pająkiem. Oto kolega sprzed naszego domu:


Ogólnie to jego bać się nie trzeba, Dorasta do wielkości dwóch męskich dłoni, a cytując za moim szefem kuchni, gdy uderzy się go patelnią, spojrzy na Ciebie wzrokiem pytającym "What the fuck man?". Taaaak... Nie trzeba się go bać, jest nieszkodliwy, ale co z tego, gdy ja mam arachnofobię, powodującą iż widząc nieszkodliwe, śmiesznie małe polskie pająki, uciekam z piskiem nie patrząc gdzie. Widok tego okazu spowodował, iż zmiękły mi nogi. Prędzej uduszę się w mieszkaniu niż otworzę okno. Ale faktem jest, iż arachnofobia w Australii to lęk bardzo racjonalny i uzasadniony. Nie w przypadku huntsmanów, ale w przypadku czarnych wdów. W przypadku dzieci bądź osób osłabionych, np poprzez chorobę, po ukąszeniu mamy około 30 minut, by dostać się do szpitala i dostać surowicę. Dorosły, zdrowy człowiek nie musi się obawiać ostateczności, ale można bardzo spuchnąć. Ja będąc zapobiegawczą, niezmiennie będę się bać każdego napotkanego pająka. W najgorszym wypadku popadnę w depresję.