Niestety, ale nawet w Australii czasem pada. W zimie nawet nie czasem, oprócz tego roku, który jak do tej pory odznacza się dość nietypową pogodą. Deszcz, jak zresztą wszędzie na świecie, wszystko nam psuje. No bo jak mamy day-off, to nic, tylko siedzieć cały dzień w domu, zamulać i klnąć, bo dzień wcześniej wywiesiło się pranie, które w tej sytuacji aktualnie pierze się drugi raz. A jeśli pracujemy, a zakładamy że jak większość młodzieży uczącej się, pracujemy w hospitality, czyli naszej rodzimej gastronomii, to jest to po prostu dramat w jednym akcie. Każdy nowy stolik witamy z uśmiechem i niekłamaną radością, szukamy najróżniejszych zajęć, a po 3 godzinach i tak nas puszczają do domu, bo jest pusto. Tylko jak tu wyżyć, jeśli się ma zmiany 3-godzinne? Dlatego też lepiej, gdy nie pada...
.
.
.
.
Nie do końca! Deszcz to w zasadzie najlepsze, co może się tutaj wydarzyć wczesną wiosną. Ostatnia podróż z naszym doświadczonym przewodnikiem dała nam trochę do myślenia. Otóż jadać drogą z obu stron obrośniętą zbitym gąszczem roślin pomyślałam "Wow, jakie fajne drzewa. Niby taki jasno-zielony i przejrzysty las, ale pnie takie czarne, robią mroczny klimat". Że jestem blondynką to żadna nowość, ale jak się nie ma z tym na co dzień kontaktu, można się pomylić - pnie były czarne, ponieważ były spalone. A dodam jeszcze, iż znajdowaliśmy się wciąż na terenie Sydney. No cóż, zdziwiło mnie to, ponieważ słysząc nieraz w mediach o pożarach w Australii, widziałam obrazy hektarów lasów pożeranych przez ogień. Sądziłam że taki pożar zostawia po sobie obraz godny Warszawy po II wojnie światowej. Jednak mateczka przyroda do spółki z ciotką ewolucją zadbały o to, by tak nie było. No bo przecież wtedy mielibyśmy na mapie plasterek spalonego na obrzeżach boczku zamiast tej wbrew pozorom zielonej krainy. Okazuje się, że pożary lasów wcale ich doszczętnie nie niszczą. Drzewa potem odrastają, a co więcej, potrzebują tych pożarów! Po pierwsze, popiół użyźnia ziemię, ale to wiemy wszyscy. A co może nie jest do końca takie oczywiste to to, że niektóre drzewa potrzebują wysokiej temperatury, by ich nasiona wykiełkowały Z kolei eukaliptusy posiadają tak zwane pąki śpiące, które jak sama nazwa wskazuje, śpią. Dopóki nie pojawi się pożar - dopiero wtedy się uaktywniają. Aby zapewnić sobie możliwość rozrostu, rośliny te produkują łatwopalne związki eteryczne i same się zapalają. Pożarów w Australii się nie gasi, dopóki nie zagrażają ludziom, a na dodatek wywołuje się je - skoro i tak czy siak lasy mają się zapalić, to po co czekać i pozwolić im palić się jak im się podoba? Robiąc niewielki research na ten temat odkryłam także, iż w Australii tematyka ta to iście gorący temat (taki sucharek tematyczny...). Gdy poszuka się głębiej, można znaleźć całą masę artykułów opisujących wpływ pożarów na kształtowanie ekosystemu lasów eukaliptusowych (jakby ktoś był niesamowicie głodny wiedzy, to polecam: Christensen P., Impact of fire in the eucalypt forest ecosystem of southern western Australia: a critical review ).
Ale w dalszym ciągu chyba nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić tego, jak wygląda pożar w Australii. Ok, hektary ognia brzmią bardzo poetycko i myślimy sobie, że musi to być bardzo dużo. Jednak dopiero jadąc w kierunku Royal National Park, ujrzałam bezkres drzew i gdy pomyślałam, że od półtora miesiąca nie padało (na szczęście następnego dnia lunęło żabskami), zaczęłam wyobrażać sobie ten krajobraz w ogniu. Posłużę się tutaj obrazkiem z internetu, w niewielkim stopniu oddaje to, co można sobie wyobrazić. Nie porównam tego słowami, ponieważ nie znam w Polsce takiego miejsca, w którym stojąc, moglibyśmy zobaczyć jak na dłoni tak ogromną i bujną połać lasów.
....a teraz wyobraźcie to sobie, ale X razy bardziej. Ponieważ na zdjęciu widać zaledwie jeden pagórek pokryty ogniem. Natomiast ja miałam przed oczami dziesiątki ciągnących się pagórków, tak daleko, jak tylko sięgał wzrok. I nie było to jakieś szczególne miejsce, była to zwyczajna droga ciągnąca się wzdłuż drzew, czasami odsłaniająca większy widok. Dodatkowo, to nie jest tak, że gdy płoną, to jakieś odległe lasy w głębi kraju. Wszystkie wielkie miasta znajdują się na wybrzeżu, gdzie panuje znacznie łaskawszy klimat. Samo Sydney jest bardzo zielone, pełne parków i drzew, a gdy odjedziemy 10km za centrum, spotykamy pierwsze lasy. Jednak klimat nie jest aż tak przyjemny - w dalszym ciągu upalne lato to ogromne zagrożenie, nawet dla nadmorskich miejscowości. Historia zna przypadki, gdy Sydney znajdowało się w pierścieniu ognia o średnicy kilku tysięcy kilometrów. Pył nadlatuje nad miasto, uniemożliwia normalne funkcjonowanie, ludzie są przerażeni, tysiące owiec giną, wielu ludzi również, straty sięgają dziesiątek milionów dolarów. A mimo to, pożary w Australii są czymś normalnym.. I pomimo dramatu jaki to za sobą niesie, podobno przejazd nocą przez płonące drogi to niesamowite przeżycie. Tutaj mała namiastka tego, co to może oznaczać:
Tak by to wyglądało w ciągu dnia, gdyby był to zaledwie lekki pożarek, jedno płonące drzewko. Natomiast nocą, nieco większy kaliber, wyglądałby tak:
Dlaczego używam trybu przypuszczającego? Ponieważ zobaczenie takiego widoku nie jest takie oczywiste i dostępne dla każdego. Oczywiście wszelkie drogi są zamykane, dopóki żywioł nie będzie pod pełną kontrolą. Gdzie więc można zobaczyć taki spektakl na żywo? Na outbacku!
I tak oto mozolnie dotarliśmy do drugiej części tejże wypowiedzi. Czym jest outback? Stuprocentowym duchem Australii! Po prostu, wsiadamy w samochód i jedziemy. Ale ale, to nie jest Europa, nie jedziemy sobie od miasteczka do miasteczka, autostradą, przez lasy, wioski, cokolwiek. Im bardziej do środka kraju, tym bardziej pusto. Jedziesz całymi dniami przez pustkowia, często nie spotykając zbyt często innych samochodów. A podobno najwięcej można spotkać emerytowanych dziadków w camperach podróżujących gdzie się tylko da. Australia jest najbardziej płaskim kontynentem, gdy znajdziemy się w głębi kraju (podobno godna polecenia jest trasa Sydney - Uluru), znajdujemy się na bezkresnej płaszczyźnie. Użyję bezpośrednio słów naszego kolegi, wielkiego miłośnika outbacku: Jadąc w nocy, na długich światłach, w pewnym momencie zobaczymy na przeciwko nadjeżdżający samochód. Ty jedziesz 110km/h, on jedzie 110km/h. Mijacie się po upływie pół godziny. I kiedy tu zmienić te długie...
Właśnie na takiej wyprawie możemy ujrzeć pożary w całej swej okazałości, ale trzeba bardzo uważać. Na takiej wyprawie zobaczymy jeden z motorów napędzających australijską gospodarkę - ogromne tiry, po kilka przyczep, pędzące jak szalone przez pustynie (silne lobby ciężarówkowe i istotna pozycja Quantasa są przyczyną, dla której kolej w Australii nigdy nie rozwinęła się tak, jakby mogła). Zobaczymy dzikie zwierzęta i tutaj trzeba uważać na kangury, bo bywają agresywne i atakują samochody, kopiąc tylnymi nogami. Dodaj do tego nocleg na pustyni pod gwiazdami, przy ognisku i aż chce się jechać. Ale oczywiście nie jest to wyprawa dla każdego ;) Trzeba się nastawić na spartańskie warunki oraz... niezapomniane przygody, cudowne krajobrazy i wiele, wiele innych rzeczy trudnych do opisania. Niestety, ponownie jak w przypadku pożarów, nie doświadczyłyśmy tego na żywo i nie posiadamy zdjęć, posłużę się wujkiem google:
Mam nadzieję, że przed powrotem do domu również będziemy mogły się pochwalić zdjęciami z outbacku ;)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz