Niestety, ostatnio rutyna nas trochę zabiła, nie było o czym pisać, nie było czasu na refleksje, w sumie to niewiele było poza pracą i szkołą. Aaaale przełamałyśmy to! Zaliczyłyśmy dwie ciekawe wycieczki iiii mamy trochę nowych przemyśleń :)
Po pierwsze - kangury! I tak, koniec z pytaniami "Czy widziałyście kangura?". No ba! Prawdę powiedziawszy już samo ujrzenie słynnego australijskiego znaku z kangurem, wywołało u nas pisk radości i ekscytację. Ale po kolei, co, jak, dlaczego i gdzie. Pojechałyśmy do Morisset. Dlaczego tam? Bo tam można zasmakować kontaktu ze zwierzętami w swoim naturalnym środowisku, na dodatek jest to otwarty park i nie trzeba płacić za wstęp. Nie każdy wie o tym miejscu, bo nie jest ono w ogóle turystyczne, nie ma reklam, wszechobecnych broszur ani ulotek w centrach handlowych. Na całym świecie jest tak, że najlepiej odwiedzać miejsca, które wskaże nam ktoś, kto jakiś czas mieszka w danym kraju/mieście i ma trochę większe pojęcie ponad to, co jest w przewodnikach. Do naszego parku ciężko się w ogóle było dostać, blisko 2,5 godziny jazdy autobusem, a potem jeszcze trzeba przez godzinę iść drogą przez las.. Próbowałyśmy łapać stopa, ale jedyny kierowca który się zatrzymał, wiózł czwórkę dzieci i zapytał czy wszystko ok. Po długim marszu w lekkim skwarze (chwała bogu, że to dopiero początek wiosny, w lecie byłby koszmar), doszłyśmy na polankę i zaczęłyśmy popiskiwać "O mój boże! Patrz! One tam są! Widzę je! Widzę ich uszka!". Przygotowałyśmy po kromeczce chleba i weszłyśmy na polanę... I się przestraszyłyśmy.
Ponieważ gdy kangury nas zauważyły, zaczęły biegnąć do nas zewsząd, a nie wiedziałyśmy tak naprawdę czego się można po nich spodziewać. Cóż, z kangurami trzeba ostrożnie ;) Bo mogą się zdenerwować, gdy nie da się im kromki. Jeżeli widzą, że trzymamy ją w ręce, a nie chcemy im dać, zaczynają drapać. Tru strony, ja do dzisiaj mam sznity na przedramionach. Ale jak już zobaczą, że nic nie mamy, jest spokojnie. Można się z nimi powygłupiać, zapozować do zdjęcia i nie obawiać się o swoje życie. Doświaczenie niewątpliwie bardzo emocjonujące, spotkać na żywo zwierzę, które znane nam było tylko z kreskówek i filmów. Oczywiście dla Aussich zwierzęta te to jak dla nas sarny, są wszędzie. Mimo to spotkaliśmy parę z miasteczka, młody chłopak z dziewczyną, którzy mimo przywyknięcia do kangurów lubili się czasem wyrwać do parku i z nimi poobcować. Widząc że wracają zatrzymałyśmy ich i bezczelnie wepchałyśmy się do samochodu na darmową podwózkę ;) Wycieczka na ogromny plus, jeżeli ktoś chce zobaczyć te zwierzaki, niech zapomni o płatnych parkach i zoo. Nam się udało bardzo niskim kosztem zwiedzić kawałeczek Australii z okien autobusu, spotkać kangury w ich środowisku i mieć z nimi taki kontakt, na jaki tylko miałyśmy ochotę, bez ograniczeń, plakietek z napisem "Please do not feed the animals" itd.
No i teraz druga wycieczka, na którą zabrała nas nasza lokalna dobra duszyczka. Całkiem niedaleko, bo zaledwie 20km od Cantenbury, znajduje się Royal National Park. Niestety dojazd tylko samochodem, wjazd do parku 11$ od samochodu. Ale jakie widoki! Już sam park jest piękny, jedzie się krętą drogą wśród drzew, w pewnym momencie jest jezioro, przepiękne, ale to nie był nasz cel, my jechaliśmy dalej. Po jakimś czasie pojawiają się między drzewami przebłyski ogromnego błękitu. Ocean! No cóż, byłyśmy już wcześniej na plaży, ale Bondi to plaża miejska. Ta jest zupełnie inna. Bardziej dzika, naturalna, zachwycająca, do tego ocean o niesamowicie błękitnym kolorze.
Woda niestety wciąż lodowata, a fale ogromne. Podobno w lecie często bywają tam surferzy, miejsce wydaje się wręcz idealne. Ach jak bardzo chciałyśmy wskoczyć do wody.... Niestety nie byłyśmy na to przygotowane, żadnego ręcznika, rzeczy do pływania. Zamiast tego postanowiliśmy wspiąć się na klif. Wspinaczka przez krzaki dostarczyła wielu emocji - udało nam się spotkać kolczatkę (coś a la połączenia jeża z mrówkojadem), jaszczurkę długości 50cm, pelikana oraz... Maleńkiego czerwonego pajączka, na pewno jadowitego, akurat próbował wejść do naszej torby. Z klifu widok był równie piękny, przestwór oceanu, przyjemna bryza na twarzy, szum fal i spokój. Takie miejsca warto odwiedzać! I po raz kolejny, nie jest to szczególnie turystyczne miejsce, dzięki temu nie ma tam wielkich tłumów i ciasnoty. Naprawdę bardzo dobrze jest znać kogoś, kto zna miejsca ;) Poruszając się od atrakcji do atrakcji często omijamy szczególnie piękne miejsca, które oferują nam znacznie więcej, niż prywatne ośrodki czy popularne plaże. W takiej Australii można się absolutnie zakochać. A podobno najciekawiej jest na outbacku, ale o tym w następnym wpisie ;)
Ach ten widok... Całe szczęście, że nikt nie może nam odebrać wspomnień i obrazów, które mamy zachowane w głowie.

Oby Was nie dopadł Alzheimer, szkoda takich wspomnień! ;) Może powinnam mściwie zazdrościć, ale tak naprawdę poprawia mi Wasz pobyt humor. Mam nadzieję, że jak już przyjdzie w Polsce zima, to Wasze zdjęcia z plaży i tak mnie nie zdołują :P
OdpowiedzUsuńHahaha, dokładnie to samo powiedziałam, gdy schodziliśmy z klifu - że najgorszą rzeczą jaka mogłaby mnie spotkać, to Alzheimer, bo straciłabym wszystkie wspomnienia ;) Ach ta telepatia.
OdpowiedzUsuń