piątek, 6 września 2013

Wieczorna magia Sydney

Gdy się chwilę pomieszka w Sydney, można poznać na pamięć rozkład jazdy ulicznych artystów. Na przykład, wychodząc popołudniu ze stacji metra Town Hall na George Street, często możemy spotkać faceta ubranego a la Michael Jackson, który co prawda nie śpiewa równie dobrze jak on, ale tańczy i robi show. Gdy pojawiam się tam koło 22, zawsze spotykam starszego pana, który siedzi przed Woolworthsem (sieć supermarketów) i puszcza muzykę z jakiegoś odtwarzacza. W weekend zawsze znajdzie się parę pijanych dziewczyn tańczących dookoła niego, śmiejąc się w niebogłosy ;) Schodząc po schodach na stację metra, spotykamy starszego pana z Ameryki Południowej, grającego na gitarze. Gdy w piątek wychodzę z pracy i idę przez Darling Harbour, najpierw mijam gościa, który stoi na jakiejś dziwnej konstrukcji i żongluje kręglami mając na głowie konstrukcję płonącą żywym ogniem. Kawałek dalej możemy spotkać dziewczynę, tańczącą z ognistym hula-hop. Dzisiaj pojawiła się nowość, bo u podnóży biurowca jeden z firm Wielkiej Czwórki siedział młody chłopak grający na gitarze, śpiewający jakąś piosenkę, wzbudzającą w mym sercu silną tęsknotę za czymś bliżej nieokreślonym. Naprawdę, zrobił na mnie wrażenie. O ile zeszły piątek zapisał się niechlubnie w naszej pamięci jako przerażający wieczór na King's Cross, o tyle ten w mojej pamięci zapisał się jako przyjemny i magiczny. Gdyby przejść całe centrum wieczorem w trakcie weekendu, napotkamy wielu różnych ulicznych artystów, prześcigających się w pomysłach. Wystarczy do tego dodać widok na zatokę oraz operę i od razu, odczuwamy to, że jesteśmy w specyficznym miejscu. Wczoraj znajomi zabrali nas do ciekawego pubu, z dość niezwykłym widokiem:



Ach gdyby nie musieć tutaj pracować i jedynie cieszyć się urokami miasta... Zapewne szybko by nas to znudziło i udałybyśmy się wgłąb kraju, do buszu, albo na północ, do Queensland, do raju surferów ;)

Kolejna magia spotkała nas tuż przed naszym domem. Wiewiórcia po powrocie z pracy oświadczyła, iż stało się nieuniknione - przed naszym domem jest huntsman. Czym jest huntsman? Czymś, czego tygryski się boją najbardziej - ogromnym, paskudnym pająkiem. Oto kolega sprzed naszego domu:


Ogólnie to jego bać się nie trzeba, Dorasta do wielkości dwóch męskich dłoni, a cytując za moim szefem kuchni, gdy uderzy się go patelnią, spojrzy na Ciebie wzrokiem pytającym "What the fuck man?". Taaaak... Nie trzeba się go bać, jest nieszkodliwy, ale co z tego, gdy ja mam arachnofobię, powodującą iż widząc nieszkodliwe, śmiesznie małe polskie pająki, uciekam z piskiem nie patrząc gdzie. Widok tego okazu spowodował, iż zmiękły mi nogi. Prędzej uduszę się w mieszkaniu niż otworzę okno. Ale faktem jest, iż arachnofobia w Australii to lęk bardzo racjonalny i uzasadniony. Nie w przypadku huntsmanów, ale w przypadku czarnych wdów. W przypadku dzieci bądź osób osłabionych, np poprzez chorobę, po ukąszeniu mamy około 30 minut, by dostać się do szpitala i dostać surowicę. Dorosły, zdrowy człowiek nie musi się obawiać ostateczności, ale można bardzo spuchnąć. Ja będąc zapobiegawczą, niezmiennie będę się bać każdego napotkanego pająka. W najgorszym wypadku popadnę w depresję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz