piątek, 30 sierpnia 2013

Aussi fashion street! I wskazówki dla palaczy.

*Uwaga, dzisiejszy wpis zawiera materiały, które niektórzy mogą uznać za gorszące!*

Dziś krótki poradnik dla palaczy, którzy postanowili wyjechać do Australii. Po pierwsze - nie palcie papierosów! Są niezdrowe, to raz. A co gorsza, tutaj również kosmicznie drogie. Z naszego wywiadu udało nam się ustalić, iż te najtańsze można zakupić w oszałamiająco niskiej cenie 13$! Natomiast za Marlboro na przykład, zapłacimy już 25$... O ile paczka papierosów dziennie w warunkach polskich to koszt około 360zł miesięcznie, o tyle takie samo tempo palenia w Australii będzie was kosztować... 2250zł miesięcznie! I tutaj chwila refleksji dla wszystkich palaczy: jest sens palić?
A jakby to was dalej nie przekonywało, to australijski rząd zadbał o to, byście nie mieli ochoty kupować papierosów. Palić pewnie dalej będziecie mieć ochotę, ale będzie to doświadczenie trochę mniej przyjemne. Dlaczego? Dlatego że tutaj nie cackają się z hasłami typu "Palenie powoduje raka", "Palenie szkodzi kobietom w ciąży", bla bla bla. Tutaj poszli o krok dalej! Uwaga, panie o słabych nerwach proszone są o zamknięcie oczu.
.
.
.
.
.
.
.
.

Tak jest, właśnie tak wygląda paczka papierosów. Powyżej nasz faworyt - gangrena. Można zakupić również paczki z innym dizajnem! Do wyboru: martwe noworodki, spalone płuca oraz wiele wiele innych. Podobno najbardziej znośne są te, z wielkim okiem na środku, coś co przestrzega o problemach zdrowiem (nie wiedziałam, że palenie szkodzi na oczy...). Niektórzy idąc do sklepu proszą sprzedawce o podanie całej szuflady z papierosami i szukają najmniej odrzucającego opakowania. Jak widać nie ma tutaj widocznego logo firmy, a to, co widzimy na dole, czyli JPS, to właśnie marka papierosów. Marlboro, Pall Malle, wszystkie wyglądają tak samo, tylko mały druczek na dole informuje nas o tym, co właśnie palimy. Też sprytne zagranie, dzięki temu ludzie nie dają się skusić znanemu logo bądź renomowanej marce. Na ulicach nie widać żadnych reklam wyrobów tytoniowych, zapewne w telewizji też ich nie ma. Mało tego, nie można tutaj kupić slimów, ponieważ to powoduje wzrost odsetek palaczy wśród kobiet. Podobno sporo ludzi unika nieprzyjemności związanych z wyglądem paczki poprzez kupowanie papierośnicy. Aaaale sprytne dziewczynki z Polski znalazły lepszy sposób. Oto jak przeprojektowałyśmy paczkę papierosów naszego kolegi ze szkoły:

Prawda, że od razu milej? Karteczki samoprzylepne w kształcie serduszka dostępne w każdym OfficeWorks'ie za jedyne 50c!

A co poza tym, wczoraj wreszcie udało nam się uchwycić w pełnej krasie, czym się charakteryzuje weekendowa stylówa na imprezę.  Drogie panie, szykujcie się - oby ten trend nie wszedł wkrótce do Polski ;)

Jak widać obowiązkowym elementem tutaj jest krótka sukienka/spódnica, ledwo zakrywająca pośladki, oraz szpilki z koturną o łącznej wysokości 20cm. Tutaj tego nie widać, ale kolejnym niezbędnym elementem jest dekolt odsłaniający 1/3 piersi (w zasadzie chodzi o to, by nie było widać sutków). I uwaga, nieważne jest, czy jesteś gruba, chuda, anorektyczna lub wręcz tłusta. Ten strój jest dobry dla każdego!
A tak na poważnie - to nie jest przypadkowe zdjęcie szalonej grupy dziewczyn. Tutaj naprawdę, KAŻDA lokalna dziewczyna tak się ubiera na imprezę. Sukienki są nieprzyzwoicie krótkie, dekolty szokująco wielkie. Dziewczyny starają się pokazać jak najwięcej. I prawdę powiedziawszy rzadko która ma przeciętną, normalną figurę. Tutaj dziewczyny są raczej przy kości. Wiele z nich nawet puszyste. Mimo to rozbierają się do granic możliwości i pokazują swoje kształty. Szpilek niższych niż 15cm się po prostu nie nosi.
No cóż, o gustach się nie mówi, pewnie wielu osobom się to podoba, pewnie wielu powie, że to dobrze, gdy dziewczyna się nie wstydzi swojego ciała (pewnie że dobrze! Ale jeszcze lepiej gdy się go nie wstydzi i umiejętnie podkreśli atuty, które posiada, maskując pewne niedoskonałości, zamiast eksponować je na wielkim bilboardzie z neonowym napisem "Hej! Popatrz jaki mam cellulit!"). My jednak nie zostałyśmy porwane przez lokalną modę i chodzimy na wieczornego drinka w dżinsach.

I jeszcze krótkie pytanie, gdzie się bawić w Sydney? Zależy co kto lubi! Na przykład, jeżeli jesteś fanem/fanką picia na umór i tłumu naćpanych ludzi, koniecznie wybierz się na King's Cross! Wczoraj tam wylądowałyśmy, gdyż dostałyśmy propozycję pracy promotorek klubu, postanowiłyśmy spróbować. Dwie godziny spędziłyśmy obserwując życie nocne na ulicach King's Cross. Prawdą się okazało to, co mówili nam ludzie, gdy oglądałyśmy tam mieszkanie na początku pobytu w Sydney: że to dziwna dzielnica i o ile całe miasto jest bezpiecznie, tam jest imprezownia, naćpani ludzie i dziwne typy. Wiadomo, w Polsce normą jest, że przed imprezą robi się mały bifor, coś tam się wypije, poprawi humorek a potem gdzieś idzie. Tutaj ludzie idący NA imprezę (nie wracający z niej) byli pijani jak Messerschmitty, bynajmniej nie tylko panowie, panie również trzymały fason. Trudno to nawet opisać. Naprawdę specyficzne miejsce, specyficzni ludzie, na pewno można się tutaj dobrze bawić do rana, ale chyba ciężko się wpasować w ten klimat na trzeźwo. Co ciekawe, Australijski rząd bardzo silnie stara się przeciwdziałać nadmiernej alkoholizacji (oraz hazardowi, który tutaj jest bardzo powszechny, ale nie zakazany), jednak o tym napiszemy kiedy indziej. Równie mocną grupą na King's Cross są ludzie mocno upojeni ciężkimi specyfikami. Podaruję sobie barwny opis, uwierzcie na słowo.
A jeśli nie jesteś fanem takiej zabawy? Trzymaj się ścisłego centrum miasta, tak zwanego CBD. Tam również są dzikie tłumy ludzi, masa klubów, jest też nasz tani pub z drinkami za 4$, ale wszystko jest takie bardziej normalne. Jasne, wstawieni ludzie, ale nie nawaleni jak stodoła. Kluby mają bardziej stanowczych ochroniarzy, przesadnie pijani ludzie są wyprowadzani. Jest zabawa i wszystko co z nią związane, ale jakoś tak to wszystko nie razi, nie przeraża.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Party rock! Czyli jak się bawi Sydney aka "Your accent is sexy!"

Niedziela, to właśnie czas na wpis o tym, kto, gdzie i jak się bawił. No cóż, mamy mieszkanie, mamy pracę, postanowiłyśmy trzeci weekend w tym niezwykłym mieście dla odmiany spędzić nie w łóżku, a gdzieś na mieście. W takich sytuacjach zawsze dobrze mieć przewodnika, którym w tym przypadku został kolega z pracy Ani i Wiewióry. Pytanie "What do you prefer? Posh or cheap?" Oczywiście że CHEAP! I gdzie trafiłyśmy?

*UWAGA, poniższy przekaz będzie zrozumiały wyłącznie dla Krakusów*
Moi drodzy, odkryłyśmy w Sydney wyjątkową hybrydę - Wielopole 15, czyli stary, dobry KITSCH połączony z... BANIALUKĄ!

Tak jest. W centrum miasta, stara kamienica ze stromymi schodami. Wchodzisz na pierwsze piętro, strefa raczej barowa. I tutaj wielka niespodzianka! Każdy drink za 4$! Piwo, wódka, szkocka, bourbon, coś tam, wszystko z softem do tego. Whooooa! Pisałam już, że minimalna australijska stawka godzinowa to 16$. W praktyce więc za 4 drinki/piwa musimy przepracować całą jedną godzinę! W najgorszym wypadku ;)
Idziemy dalej, piętro wyżej jest parkiet. Wejścia na to piętro pilnuje bucowaty ochroniarz, który przepuścił dwie z nas, a trzeciej wraz z Javierem kazał czekać. Więc mówimy do niego ładnie i grzecznie, że jesteśmy razem i czy nie moglibyśmy wejść, na co usłyszeliśmy "Could you shut up? If you wanna go up, just shut up". No cóż, co kraj, to obyczaj. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu, na górze również znalazłyśmy bar "wszystko za 4$". Muzyka całkiem przyjemna, taneczna, radiowa, do zabawy w sam raz. Sporo ludzi, buraczani ochroniarze pilnowali, by na górze nie było dzikiego tłumu i wpuszczali tylko określoną liczbę osób. Ogólnie to wielki plus, okazuje się, że można w Sydney zabawić się niewielkim kosztem, mieszanka ludzi podobna jak w Kitschu, a więc wesoło.
Niestety, wszystkie z nas to istotki pracujące, piątek świątek, więc na imprezę poszłyśmy po pracy, a następnego dnia również w perspektywie praca. Poskutkowało to tym, że nasza impreza skończyła się po 1,5h. Największą niespodziankę miałyśmy idąc na metro, gdy... spotkałyśmy znajomego! Wow, poczułyśmy się takie... lokalne! Wracamy z imprezy i spotykamy na ulicy znajomych! No dobra, jednego znajomego, ale zawsze coś.

Oczywiście musicie mieć świadomość, że takich miejsc w Sydney podobno nie ma zbyt wiele. Przeciętna knajpa za drinki woła sobie kilkanaście dolarów, piwo to około 7-8, różnie. W większości klubów obowiązuje dresscode, podobno najlepsze imprezy w knajpach gejowskich. No cóż, na razie to tylko "podobno". Pewnie za jakiś czas się przekonamy, jak przyjdą lepsze czasy ;)

Wracając już metrem do domu spotkałyśmy dwie dziewczyny upojone tak, że Rosjanie by się nie powstydzili, coś rzuciły, my odpowiedziałyśmy, na co usłyszałyśmy "Wooow! Your accent is sexy!". Tutaj ciekawostka, w wielu częściach świata ludzie nie mając wielu kontaktów z Polakami, słysząc polski-angielski kojarzą akcent z Rosją. Zresztą i my słysząc naszych rodaków niekiedy słyszymy rosyjski-angielski. A tutaj notorycznie, parę razy dziennie w pracy, ludzie pytają nas, skąd jest nasz akcent, bo brzmimy jak Szwedzi, ale trochę inaczej. Dodajcie do tego moje i Ani blond włosy oraz jasne oczy, skojarzenie jednoznaczne ;) Wiewióra bardziej jak Rumunka, ale też ok :D W każdym razie gdy już powiemy, że jesteśmy z Polski, z reguły ludzie reagują pozytywnym zaskoczeniem. Czasem bardzo pozytywnym, do tego stopnia, że jedna pani wsunęła mi delikatnie do ręki 10$ napiwku, być może pomyślała "Biedne dziecko z Polski, a taka uprzejma" ;)

Wkrótce, po dokonaniu odpowiedniej dokumentacji fotograficznej, postaramy się przedstawić jak wygląda "aussi fasion", bo po wczorajszej imprezie... No cóż, tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć. I bynajmniej nie robimy tutaj "ach i och", raczej wielkie oczy.

Ps. Kupiłyśmy łódkę! Parkujemy pod domem ;)


czwartek, 22 sierpnia 2013

Jak sobie radzić w Sydney? Kilka wskazówek. cz. I

Jako że jesteśmy tu już całe 2 (słownie: dwa!) tygodnie i czujemy się bardziej ogarnięte niż niejedna pani w agencji, której nazwy tutaj nie wymienimy, postanowiłyśmy się podzielić pierwszymi cennymi uwagami.

1. Jedzenie.
Mamy tutaj dwie opcje. Opcja a) mieszkasz w obskurnym hostelu i nie masz ochoty gotować we wspólnej kuchni. Opcja b) mieszkasz w mieszkaniu i nie masz nic przeciwko gotowaniu. W pierwszym przypadku okazuje się, że za stosunkowo niewielkie pieniądze, można całkiem dobrze pojeść. Jedyne co jest tutaj wymagane, to lekki reżim - trzeba czekać! Wspominałyśmy już wcześniej o tym patencie - w Sydney w każdym bardziej zatłoczonym miejscu, można spotkać Food Courty. Wygląda to jak część restauracyjna w każdej większej galerii handlowej, knajpka obok knajpki. Gdy minie lunch time, restauracje stają na głowie, by wyprzedać resztę jedzenia (w Polsce restauratorzy raczej wyrzucą jedzenie, niż sprzedadzą po kosztach, ale cóż, taka polityka). Koło 15-16 można kupić lunch-boxa za 5$, gdy wstrzymamy się do 17, można nawet kupić 3 za7$! Do wyboru do koloru, makarony, sałatki, tajskie z ryżem, japoński klasyk bento, a ja jako fanka tejże kuchni nieraz łapałam się na promocję "2 rolls for 3$!" (przy czym jeden roll to grubaśny mak o długości 10cm, można się tym zapchać). Gdy mamy już własne mieszkanko i chcemy gotować, zwłaszcza do szkoły, warto zachować pudełeczko po luch-boxie, bo można go do mikrofali wrzucać. Zakupy robimy w Aldi, kilka ciekawostek: 1kg makaronu penne za 1$, blok 0,5kg sera za 3$. Nawet jak na polskie realia, jest to tanio! A gdy przeliczymy to na najniższą australijską pensję - 16$ za godzinę - wręcz śmiesznie tanio. Gdy pójdziemy do lokalnych delikatesów, zapłacimy 2, 3 razy więcej. Da się? Da się!

2. Mieszkanie.
Poszukiwanie mieszkania to pierwsza rzecz, jaką powinno się zrobić po przyjeździe. Czemu? Bo z reguły trzeba wywalić niemałą kasę na tzw. Bonda, czyli kaucję. Zazwyczaj jest to 3-, bądź 4-tygodniowy czynsz. A z reguły na łebka wychodzi to do 200$ (za tydzień!), w zależności od wybranej opcji. Najtaniej oczywiście wynająć share room, czyli pokoj w mieszkaniu dzielony z kimś. Wtedy tygodniowy koszt życia to około 120$. Można wynająć cały pokój w dzielonym z kimś mieszkaniu - wtedy już trzeba liczyć się z kosztami rzędu 190$. No i można naszym wzorem, poszukiwać one-bedroom apartment bądź studio, czyli nasza polska garsoniera. Studio można wynająć za około 400$ (w dalszym ciągu, tygodniowo), nawet w centrum, gdy dzielimy je z kimś, wyjdzie nam po 200$. One-bedroom apartment to już koszt rzędy 450-600$ (tak, za tydzień wynajmu), ale nam we trójeczkę w takim dobrze i dzięki temu nie płacimy zbyt dużo ;) Na co trzeba się przygotować? Na maaasę dokumentów. Najlepiej przygotować referencje skąd tylko się da, gdy przedstawimy takowe z Australii, możemy być niemal pewni, że przyszli landlordowie zadzwonią by sprawdzić wiarygodność.
Wiele osób decyduje się na życie na obrzeżach. Co zyskujemy? Pieniądze. Na obrzeżach można wynająć cały dom za 500$ tygodniowo. Co tracimy? Czas. I pieniądze ;) Bo dojazd, metrem bądź autobusem, niejednokrotnie to 40 minut do godziny, czasem z przesiadką, a bilety tygodniowe też kosztują, mieszkając w centrum możemy w ogóle nie kupować biletów.

3. Telefony
Gdy jedziesz do Australii z kimś i lubisz dzwonić do Polski, da się to załatwić niskim kosztem. Na przykład, my korzystamy z Lycamobile, do siebie mamy za darmo, do Polski za 15 centów. Wiodące tutaj sieci telefoniczne to Vodafone, Telstra i Optus. Oni niestety nie mają tanich połączeń do Polski, ale niejednokrotnie bardzo dobre oferty - w abonamencie a 30$ miesięcznie nieograniczone smsy, 300mb internetu i najnowszy smartfon w pakciecie. Przypominam, najniższa stawka godzinowa stawka to 16$, a w każdej lepszej pracy można liczyć na ponad 20, mówimy tu więc o abonamencie równowartym 1,5 godziny pracy. iPhone'a możemy mieć w abonamencie za kilkadziesiąt $, dlatego niemal każdy tutaj takowego posiada.

4. Komunikacja
Jednorazowy przejazd metrem na krótkim odcinku, nawet 1 przystanek - 3,60$. Średnio się opłaca. A bilety okresowe? Gdy za pierwszym razem usłyszałyśmy, że tygodniowy bilet na metro to blisko 40$, opadły nam szczęki. 160$ miesięcznie? No ale zaraz - gdyby nam się udało dostać pracę, w której stawka wynosi np. 20$ za godzinę, tygodniowy bilet na metro to zaledwie dwie godziny naszej pracy... Drogo? W przeliczeniu na złotówki tak, w przeliczeniu na australijskie realia nie. Tak czy siak polecamy jednak dużo chodzić, wtedy można naprawdę poznać miasto i okolice ;) My mieszkamy w centrum, więc z metra nie korzystamy zbyt często, dlatego bilety kupujemy na bieżąco. I tutaj mały trik - warto kupować bilety typu "return". Jak pisałam, single kosztuje 3,60$, natomiast za return zapłacimy już 4,80. Gdyby kupować osobno w jedną stronę i osobno w drugą, wyjdzie nam to 7,20$. Jest to zauważalna różnica.

5. PRACA!
Kłamać, kłamać, kłamać :) Niestety, taka prawda. Zawsze odpowiadajcie "tak". Masz doświadczenie? Tak. Masz kurs RSA [odpowiedzialnego podawania alkoholu]? Tak (gdy dostaniesz pracę lecisz go szybciutko zrobić, organizowane codziennie, 6 godzin, certyfikat od ręki, można zrobić on-line). Masz Tax File Number [coś jak NIP]? Tak, złożyłeś/aś wniosek i czekasz na odpowiedź (w rzeczywistości możesz nawet tego samego dnia złożyć, masz czas do 2 tygodni by donieść go pracodawcy, a dostaniesz go po tygodniu). Umiesz zamontować silnik w odrzutowcu? Tak (tak czy siak, nikt nie każe Ci pracować oczekując, że się wszystkiego domyślisz, na pewno Cię przeszkolą). Oczywiście nie możemy kłamać, że mamy doświadczenie w Australii, bo prawdopodobnie sprawdzą to. A tak naprawdę podstawą jest dobry angielski. W dobrej restauracji dadzą Cię na kelnerkę, mimo że nie umiesz nieść trzech talerzy ani nie znasz zasad podawania jedzenia, gdy mówisz ładnym angielskim, podczas gdy biedna Emanulea z Chile ze znacznie większym doświadczeniem dalej będzie tylko runnerem (osobą podającą jedzenie do stołu), bo jej
angielski to w zasadzie Spanglish. To oczywiście tylko przykład, ale takich jest wiele. Mężczyźni z dobrym angielskim mogą spokojnie liczyć na posadę kelnera, ci którzy tylko dukają, nawet gdy prezentują się nienagannie, pewnie wylądują na kuchni na zmywaku. Tak więc moi mili, prawdą jest to, co nam rodzice truli od dziecka: ucz się angielskiego! Angielski to podstawa.
Co najbardziej się opłaca? Pracować na umowę! Nic na czarno, żadne cash in hand. Bo gdy masz umowę, dostajesz zwrot podatku, odkłada Ci się fundusz emerytalny, którzy przy ewentualnym wyjeździe z kraju możesz cały odzyskać (Australijczycy nie mogą go ruszać, z niego bowiem dostają emeryturę). Tak więc bądź dobrym obywatelem i płać podatki! Zwróci Ci się to, a stawkę dostaniesz taką samą albo i lepszą, niż w przypadku cash in hand.

No i na koniec najważniejsze - gdy ktoś Ci mówi, że zima w Australii bywa mroźna, uwierz mu na słowo. Przed wyjazdem zastanawiałam się, czy jest sens brać długie spodnie. Na szczęście nasz tutejszy mentor kategorycznie kazał nam zabrać ze sobą kilka par długich spodni i kurtki, bo zima BYWA MROŹNA. Tego roku podobno jest wyjątkowo łagodna i ciepła - temperatura w nocy spada tylko do 7 stopni (a przecież domy i mieszkania tutaj nie są ogrzewane). Dwa lata temu podobno bywały dni, gdy temperatura spadała do 0 stopni. Na przykład Ania stwierdziła, że to gadanie o zimie to przesada i nie wzięła kurtki, bo po co, do Australii? Teraz chodzi w czterech warstwach ubrania ;)
Cieple skarpety obowiązkowo!

No ale za miesiąc już wiosna, a zaraz potem - upały 40 stopni ;) I żeby nie było, dorzucamy zdjęcia okolicy NASZEGO autorstwa.



wtorek, 20 sierpnia 2013

Matko Bosko Morsko!

Doszło do zabawnego obrotu sytuacji. Wczoraj jedząc kolację przy butelce wina (a jest co opijać!), Ania mówi "Podobno Jarek ma dla nas jakąś ofertę pracy", na co zareagowałyśmy "Błagam, nie!".

Tak jest, mamy mieszkanie. Ładne mieszkanie dodam. Spory salon, fajna sypialnia, widok na park  i port, dobra okolica (wyjątkowo wrzucamy zdjęcie nie naszego autorstwa, bo jakoś tak ostatnio wiecznie w biegu, nie ma chwili na to, by przystanąć i sfotografować okolicę). Prawdę powiedziawszy to podobno co drugi Aussi marzy poniekąd o tym, by mieszkać na Kirribilli. Ale nieeee, nie ma tak łatwo. Nieruchomości do wynajmu nie ma prawie wcale, nie są tanie i trzeba mieć farta. Widać my mamy. Bo za nasze urocze mieszkanko płacimy mniej, niż wiele osób wynajmujących pokój w dzielonym mieszkaniu na obrzeżach. A my? Przechodzimy przez Harbour Bridge i jesteśmy w ścisłym centrum Sydney City. Mamy piękny widok na operę oraz, uwaga uwaga, kościół, w którym w niedzielę o 10:30 jest msza dla Polaków! A to przecież najważniejsze. Wiewióra powiedziała, że to kościół jakiejś Matki Boskiej Morskiej. Cóż, po weryfikacji okazało się, iż jest to "Star of the Sea Church". So close...

Mieszkanie poniekąd stało się początkiem naszej dobrej passy. Poszłyśmy na dalsze poszukiwania pracy, wchodząc do drugiej restauracji dziewczyny dostały zaproszenie na trail w następnym tygodniu. Ja musiałam wejść jeszcze do kilku innych, by po godzinie czasu mieć już umówione dwa traile, jeden jeszcze tego samego dnia, drugi dwa dni później. Mało tego, dziewczyny wracając do domu wstąpiły do jeszcze jednej knajpy, w której zostały poproszone o przybycie na trail tego samego dnia. Aktualnie nie za bardzo wiedzą, co robić i z której restauracji rezygnować. Dlatego też telefon z informacją, iż ktoś ma dla nas pracę, powoduje jęk niezadowolenia.

Ale najlepsze w tym wszystkim jest to, jak reagują ludzie. Oto jedna z rozmów, jaką każda z nas odbyła co najmniej 4 razy z ludźmi w pracy/szkole/gdziekolwiek:

 - Gdzie mieszkasz?
 - Kirribilli, North Sydney
 - Ooo, super. Jak długo to jesteś?
 - Hmmm... [udajemy, że liczymy w głowie, przyp. red] Jakieś 10 dni?
 - WHAT?!?!?! Jesteś tu 10 dni, masz pracę i własne mieszkanie na Kirribilli? To niemożliwe, ja szukałem/am pracy przez miesiąc/dwa miesiące/więcej.

No i tak to podobno jest, ludzie tu przyjeżdżają, dwa tygodnie spędzają na plaży, potem gorączkowo szukają roboty, o którą ponoć nie jest tak łatwo. Nam pierwsza praca wpadła dokładnie po ośmiu dniach od przyjazdu. Mieszkanie znalazłyśmy 5 dni po przyjeździe (ok, tak naprawdę to następnego dnia po przyjeździe znalazłyśmy, 4 dni po przyjeździe odrzuciłyśmy już dwie oferty, w których nas chcieli), umowę podpisałyśmy tydzień po przyjeździe. Ogólnie to całkiem nieźle sobie radzimy ;)

Niestety, wraz z nadejściem pracy, mamy mniej czasu. Każda pracuje inaczej, ciężko nam będzie teraz skupić się na odkrywaniu uroków Sydney i Australii. Jak na razie najbliższy kontakt z kangurem jaki miałam, to ten na talerzu, bo lokalną specjalnością są steki z kangura, ale nie polecam, podaje się je wyłącznie bardzo krwiste.

Zima wciąż daje się we znaki, w dalszym ciągu nie ma potrzeby golić nóg, gdyż tylko szaleniec ubrałby krótkie spodenki.

środa, 14 sierpnia 2013

Zimowa wyprawa na plażę... Brrr!

Jako iż głównie ciężko zasuwamy roznosząc CV i szukając mieszkania, postanowiłyśmy w końcu odpocząć. No bo w Australii z definicji ludzie się nie przemęczają... Wstałyśmy raniutko, w samo południe (tylko Szilka ranny ptaszek wstała skoro świt, by na chwilę połączyć się ze swą miłością w dalekiej Polsce, ale potem znowu zasnęła) i udałyśmy się w stronę naszej stacji metra, Milsons Point. Co ciekawe, porannym łutem szczęścia Wiewióra wyczaiła obiecujące mieszkanie na gumtree, uznałyśmy to za dobry znak.
Niestety, mieszkając niemal w samym centrum, wyprawa na plażę to nie takie łatwe zadanie. Najpierw metro na Bondi Junction (UWAGA! Czyta się [bondaj], tylko wieśniaki i nieopierzone kurczaki mówią [bondi;]), potem chciałyśmy wesolutko udać się spacerkiem na plażę, ale niestety to przedsięwzięcie nas przerosło, trzeba było przejechać ok. 10 przystanków autobusem. Suma sumarum podróż zajęła nam blisko godzinę. W każdym razie, wysiadłyśmy z autobusu iii.....


Ujrzałyśmy! Pierwszy raz naszym oczom ukazała się słynna plaża "Bondaj"! No cóż... Może wielka ona nie jest, ale chyba najbliżej miasta. I z tego miejsca chciałyśmy zabawić się w Myth Busters. Hipoteza: Gdy udasz się na australijską plażę, ujrzysz tam tłumy surferów. Nasza opinia: MIT POTWIERDZONY! Środek zimy, a na niewielkiej plaży aż roi się od nich. Nawet nie tyle na plaży, co w wodzie. W piankach bo w piankach, ale jednak. Głównie szkółki, pełne młodzieży raczej, ale udało nam się wypatrzeć kilku średnio zaawansowanych. Ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu to nie było tak, że każdy z nich był powalającym na kolana blondynem z klatą jak marzenie. Dziwne... Zapewne gdy przyjdzie wiosna i pierwsze upały, na Bondi nie będzie dało się wetknąć palca między ludzi, a deski surfingowe zdominują zatokę. Na dzień dzisiejszy jednak zima na plaży oferuje niewiele ponad to, co Bałtyk w szczycie sezonu, dla Australijczyków to zdecydowanie za zimno. Niewątpliwym minusem jest to, iż każda plaża w obrębie aglomeracji Sydney wymaga poświęcenia jej całego dnia. My jako śpiochy z jet lagiem, przyjechałyśmy tam stosunkowo późno i wkrótce też musiałyśmy się zbierać obejrzeć kolejne mieszkanie. No właśnie, mieszkania...

Wygląda na to, iż nasze trio jest po prostu lepsze niż cała reszta świata. Na każdym kroku słyszymy, jak trudno o mieszkanie w Sydney. Castingi, większy popyt niż podaż, tysiące papierów... Nasz nauczyciel w colleagu powiedział nawet, że powszechną praktyką jest podbijanie ceny, która początkowo jest w ogłoszeniu, celem zdobycia wymarzonego gniazdka. A my co? Obejrzałyśmy w sumie 4 mieszkania, w każdym z nich nas chcą. A 3 z nich były na naprawdę dobrym poziomie! Ok, to prawda, jesteśmy ogarnięte, mamy cały komplet dokumentów, referencje, jesteśmy wygadane, sympatyczne (i skromne ofkors!) oraz inteligentne. I być może to jest tym czynnikiem, który powoduje, że wszyscy właściciele mieszkań patrzą na nas przychylnym okiem. Wkrótce nasza sytuacja mieszkaniowa powinna się wyjaśnić, gdy to nastąpi na pewno pochwalimy się rezultatem ;) Także tutaj rada od nas - gdy szukasz mieszkania w Sydney, zadbaj o odpowiednie przygotowanie formalne (niezbędne dokumenty), oczaruj właściciela, pokaż że jesteś z dobrego środowiska. Wtedy każde drzwi staną przed Tobą otworem.

Z pracą trochę gorzej, bo o dziwo telefony jeszcze się nie urywają. Mądrzy managerowie restauracji już powinni się martwić o dobry staff przed gorącym okresem we wrześniu, aleee przecież... Skomentuję to obrazkiem ;)  :


Ps. A wiecie jak wyglądają lokalne wróble obsiadające linie telefoniczne? O właśnie tak:

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

No worries!

Okazuje się, że życie w Sydni zmienia się jak w kalejdoskopie. Albo jak humory kobiety w czasie okresu

Jak było w czwartek? Dramat, brak wiary w siebie, chęć powrotu do domu.
Piątek - mobilizacja! Pozytywne nastawienie, pierwsze zachwyty miastem, próby zaplanowania czegokolwiek.
Sobota - gorączkowe poszukiwania pracy oraz mieszkania.
Po sobocie byłyśmy trochę przybite, wydawało nam się, że musimy się bić o mieszkania, udowadniać swoją zajebistość, dostarczać milion dokumentów (sponsorshipy podpisane notarialnie, balance sheety, prawo jazdy, referencje z każdego niemal zakątka świata no i ofkors z samej Australii, takie z nas światowe dziewczyny!) i trzymać kciuki, że może się uda. Z pracą trochę lepiej, bo sporo ludzi wykazywało całkiem miły entuzjazm. Dodatkowo mamy tutaj pewną cechę, która daje nam od razu +1000 w wielu miejscach - mówiąc wprost i bez ogródek, Aussis są rasistami, chociaż żaden tego od razu nie przyzna, dopiero jak z nimi wypijesz i pociągniesz ich za język. Najlepszym dowodem na to jest chociażby fakt, że do lat 70 murzyni nie mieli tutaj wstępu. Dlatego też 3 słowiańskie dziewczęta z Europy w morzu azjatyckich imigrantów, dodatkowo (będąc nieskromnymi) mówiące lepiej od nich po angielsku, mają spore szanse na znalezienie pracy.
Niedziela też była dość ciekawym dniem, bo sporo przegadałyśmy na piwie z chłopakami, którzy tutaj siedzą już od lat. Popytałyśmy, wybadałyśmy, poszerzyłyśmy zakres poszukiwań.
I co? I dzisiaj rano jesteśmy w zgoła innej sytuacji. Po pierwsze, w spożywczym nagle dostajemy propozycję roboty na czarno. Fajnie, fajnie, bo nawet jak dostaniemy legalną robotę, możemy sobie dorabiać. Ale stawka śmiesznie niska. Co dalej, nagle okazuje się, że możemy przebierać w ofertach mieszkań. Jeden renter ponagla nas, żebyśmy się decydowały, bo chciałby nam wynająć, zaraz dzwoni agencja, że wygrałyśmy casting i chcą nas do super wypasionego mieszkania i na koniec jeszcze znalazłyśmy dużo większe mieszkanie, za niższą cenę, ale tylko na 3 miesiące. Biją się o nas!
Sydney wciąż nas zaskakuje, z każdym dniem wszystko się zmienia, a my coraz bardziej zaczynamy wybrzydzać, mimo iż z początku zarzekałyśmy się, że bierzemy co tylko nam wpadnie w ręce. Żaden poradnik ani przewodnik nie powie Ci tak naprawdę, czego możesz się spodziewać po przyjeździe. W sumie chyba lepiej nastawić się na gorsze a potem miło się rozczarować. Z drugiej strony być może w "high seasonie" od października jest trudniej, bo więcej ludzi, mniej ofert itd.

Jedno jest pewne - życie tutaj nie jest trudne, dlatego też idealnie pasuje dewiza lokalsów - NO WORRIES.
A z każdym spacerem po mieście (albo wieczornym przejściem przez Harbour Bridge do naszego cudnego North Sydney) coraz bardziej podoba nam się miasto, jego klimat i wszystko inne. Coraz sprawniej się poruszamy, kojarzymy ulice, znamy dzielnice. Coraz mniej w nas turystek, coraz bliżej nam do bycia mieszkankami Sydni.



Ps. Każda rozmowa na Skypie z Polską, niezależnie od tego która z nas dzwoni i do kogo, zaczyna się od tego samego pytania "Widziałyście już koalę/kangura/wombata/pająka*?".

(*niepotrzebne skreślić)

sobota, 10 sierpnia 2013

mroźna i sroga zima w Sydni

Pogoda zmienia punkt widzenia! - od tego stwierdzenia należałoby zacząć ciąg dalszy opowiadań. Bo o ile w deszczowy i wietrzny czwartek nie byłyśmy w stanie uwierzyć, że Australia to raj na ziemi, o tyle kolejnego, słonecznego dnia zgodnie stwierdziłyśmy, że Sydney to jedno z najpiękniejszych miast jakie było nam dane kiedykolwiek zobaczyć. Przychylamy się do opinii pozostałych, że stolicy Nowej Południowej Walii nie da się porównać do żadnej innej aglomeracji. Centrum miasta tzw. city przypomina trochę Nowy Jork, zwłaszcza w nocy. North Sydney może kojarzyć się z Londynem, Bondi i Manly żyją własnym nadmorskich klimatem. Oprócz tego dużo tu zieleni - najbardziej znany Hyde Park położony jest w samym centrum miasta. Jednym słowem - każdy znajdzie tu coś dla siebie.
Spacerując po mieście i zachwycając się jego urokami, postanowiłyśmy roznosić Resume (bo Australijczycy używają tylko tego sformułowania). Udało nam się zostawić kilkanaście sztuk, głównie w coffee shopach, restauracjach i sklepikach. Tam gdzie zastałyśmy managerów mówiono nam, że jest spora szansa, że już niebawem będą rekrutować nowych pracowników. Jesteśmy więc pełne nadziei, że uda nam się dorwać robotę w ciągu najbliższych dwóch tygodni.
Wczoraj zaczęłyśmy także poszukiwanie mieszkania. Hostel w którym mieszkamy jest przystępny, ale wiadomo, że marzy nam się nasze własne mieszkanko. Wydawać by się mogło, że spełnienie takiego marzenia to pikuś - płacisz, podpisujesz umowę i mieszkasz. Nic bardziej mylnego! Ponieważ w Sydney jest więcej chętnych niż mieszkań, aby wynająć upragnione cztery kąty trzeba przejść regularny casting. Agent musi być pewien, że to Ty jesteś idealnym i posiadającym wystarczające fundusze kandydatem do wynajęcia mieszkania. Póki co kolekcjonujemy wszystkie niezbędne dowody, aby wykazać swoją zajebistość - rezultaty opiszemy zapewne w kolejnym poście.

Oprócz tego po raz pierwszy piłyśmy australijskie piwo i trzeba przyznać, że nie jest złe.

Jedzenie? Nie jest tak drogo jak myślałyśmy. Po 17:00 można kupić za 5 AUD zestawy obiadowe, które nie wyprzedały się podczas lunchu.

No i pogoda...w Sydney zima trwa w najlepsze, Australijczycy noszą kożuchy i UGG. Zresztą nie ma się co dziwić - na zewnątrz temperatura spada do.....20 st C.

czwartek, 8 sierpnia 2013

Sydney raz!

Nowy dom!

Przesiadka do Quantasa zrobiła nam naprawdę dobrze. Jedzenie zjadliwe, fotele wygodne, alkohol do oporu. One more scotch on ice! No i przede wszystkim temperatura w której ludzie mogą normalnie funkcjonować.

Co dalej? Pociąg, taxi? To drugie ponoć około 60$, więc sprawdziłyśmy pociągi - 17$ na głowę, podziękujemy, pojedziemy taxi. Wybór okazał się trafny, bo takiego czegoś, to jeszcze nie było. Na dzień dobry Szilka na przednim siedzeniu wertuje 500-stronicową mapę, by pokazać taksówkarzowi gdzie chcemy jechać (miał GPSa, ale był tradycjonalistą), po odnalezieniu właściwego kwadracika na właściwej stronie, nasz szalony driver z Syrii pokiwał głową, przyjrzał się wnikliwie, po czym powiedział  "Ok!". Ku naszemu zaskoczeniu gdy zasłyszał naszą rozmowę zapytał "Are you from Poland?". Szok, niedowierzanie, setki pytań. W Europie ludzie nie wiedzą, że Polska istnieje, Australijczycy podobnie, a tu kierowca taksówki na drugim końcu świata sam tak wywnioskował. Skąd? Okazało się, że mieszkał w Moskwie i mówi biegle po rosyjsku, a wie, że w polskim języku jest dużo "szeleszczących" głosek. Kolejna niespodzianka - Ania do niego "My możem gawarić pa ruski", co on szybko podłapał i dziewczęta zaczęły wesołą konwersację po rosyjsku. Że gdzie my jesteśmy? Na drugim końcu świata i rozmawiamy z taksówkarzem po rosyjsku? Najbardziej zagubiona w tym wszystkim Szilka, bo ona nie gawari pa ruski i tylko łapie się za głowę.

Dojechałyśmy do naszych apartamentów, zainstalowałyśmy się iii... Poszłyśmy spać. Niestety, dzisiejszego dnia nie było nam dane poznać bliżej uroki Sydni. Szybka wycieczka do szkoły, zapisać się na zajęcia, wizyta w sklepie i cześśś, do domu, szukać pracy i mieszkania. Baaardzo nam przypadła do gustu aktualna okolica - Kirribilli. Będziemy dużo chodzić na nóżkach, zwłaszcza że bilet tygodniowy na metro to ok 50$.

Krótko - jeśli porównać Sydney do jakiegoś miasta, bliżej mu do Londynu niż do NY, chociaż ma sporo imponujących wieżowców. Harbour Bridge - wow! Opera - jeszcze bardziej. Aaaale to dopiero jutro, na spokojnie... Miasto nie wydaje się szczególnie skomplikowane, aczkolwiek jest ogromne. Na początku trochę może przerażać, zwłaszcza gdy się jest w naszym położeniu - mamy tu żyć, pracować i uczyć się przez najbliższe pół roku.

Wciąż nie spotkałyśmy pająków! Ach ta zima w Sydney.

środa, 7 sierpnia 2013

Hong Kong pit stop!

Podróż trwa w najlepsze. Czym byłaby przerwa na lotnisku bez kawy w Macu? Tudzież zielonej herbaty z mlekiem sojowym, w przypadku Ani.

Słowem wstępu - po miesiącach planowań, knowań i badań, wyruszyłyśmy w, jak do tej pory, naszą podróż życia. Trzy młode dziewczęta, próbują dotrzeć samotnie na drugi koniec świata - na Antypody! Liczymy na to, że hasło z koszulki Wiewióry "The best is yet to come", okaże się w 100% trafione. Bo jak do tej pory, mamy za sobą morze wylanych łez, ciężkie pożegnania na lotnisku oraz podróż w latającej lodówce, jak to na fińskie linie przystało. A więc wymarznięte, zmęczone i mimo wszystko podekscytowane, czekamy na lot do naszego "final destination" - Sydni (bo podobno tak się to czyta).

Ps. Już w Helsinkach nie umknęli naszej uwadze dwaj przystojni Australijczycy (Szilki to w ogóle nie rusza!), czyżby to dobry znak? The best is yet to come...