wtorek, 20 sierpnia 2013

Matko Bosko Morsko!

Doszło do zabawnego obrotu sytuacji. Wczoraj jedząc kolację przy butelce wina (a jest co opijać!), Ania mówi "Podobno Jarek ma dla nas jakąś ofertę pracy", na co zareagowałyśmy "Błagam, nie!".

Tak jest, mamy mieszkanie. Ładne mieszkanie dodam. Spory salon, fajna sypialnia, widok na park  i port, dobra okolica (wyjątkowo wrzucamy zdjęcie nie naszego autorstwa, bo jakoś tak ostatnio wiecznie w biegu, nie ma chwili na to, by przystanąć i sfotografować okolicę). Prawdę powiedziawszy to podobno co drugi Aussi marzy poniekąd o tym, by mieszkać na Kirribilli. Ale nieeee, nie ma tak łatwo. Nieruchomości do wynajmu nie ma prawie wcale, nie są tanie i trzeba mieć farta. Widać my mamy. Bo za nasze urocze mieszkanko płacimy mniej, niż wiele osób wynajmujących pokój w dzielonym mieszkaniu na obrzeżach. A my? Przechodzimy przez Harbour Bridge i jesteśmy w ścisłym centrum Sydney City. Mamy piękny widok na operę oraz, uwaga uwaga, kościół, w którym w niedzielę o 10:30 jest msza dla Polaków! A to przecież najważniejsze. Wiewióra powiedziała, że to kościół jakiejś Matki Boskiej Morskiej. Cóż, po weryfikacji okazało się, iż jest to "Star of the Sea Church". So close...

Mieszkanie poniekąd stało się początkiem naszej dobrej passy. Poszłyśmy na dalsze poszukiwania pracy, wchodząc do drugiej restauracji dziewczyny dostały zaproszenie na trail w następnym tygodniu. Ja musiałam wejść jeszcze do kilku innych, by po godzinie czasu mieć już umówione dwa traile, jeden jeszcze tego samego dnia, drugi dwa dni później. Mało tego, dziewczyny wracając do domu wstąpiły do jeszcze jednej knajpy, w której zostały poproszone o przybycie na trail tego samego dnia. Aktualnie nie za bardzo wiedzą, co robić i z której restauracji rezygnować. Dlatego też telefon z informacją, iż ktoś ma dla nas pracę, powoduje jęk niezadowolenia.

Ale najlepsze w tym wszystkim jest to, jak reagują ludzie. Oto jedna z rozmów, jaką każda z nas odbyła co najmniej 4 razy z ludźmi w pracy/szkole/gdziekolwiek:

 - Gdzie mieszkasz?
 - Kirribilli, North Sydney
 - Ooo, super. Jak długo to jesteś?
 - Hmmm... [udajemy, że liczymy w głowie, przyp. red] Jakieś 10 dni?
 - WHAT?!?!?! Jesteś tu 10 dni, masz pracę i własne mieszkanie na Kirribilli? To niemożliwe, ja szukałem/am pracy przez miesiąc/dwa miesiące/więcej.

No i tak to podobno jest, ludzie tu przyjeżdżają, dwa tygodnie spędzają na plaży, potem gorączkowo szukają roboty, o którą ponoć nie jest tak łatwo. Nam pierwsza praca wpadła dokładnie po ośmiu dniach od przyjazdu. Mieszkanie znalazłyśmy 5 dni po przyjeździe (ok, tak naprawdę to następnego dnia po przyjeździe znalazłyśmy, 4 dni po przyjeździe odrzuciłyśmy już dwie oferty, w których nas chcieli), umowę podpisałyśmy tydzień po przyjeździe. Ogólnie to całkiem nieźle sobie radzimy ;)

Niestety, wraz z nadejściem pracy, mamy mniej czasu. Każda pracuje inaczej, ciężko nam będzie teraz skupić się na odkrywaniu uroków Sydney i Australii. Jak na razie najbliższy kontakt z kangurem jaki miałam, to ten na talerzu, bo lokalną specjalnością są steki z kangura, ale nie polecam, podaje się je wyłącznie bardzo krwiste.

Zima wciąż daje się we znaki, w dalszym ciągu nie ma potrzeby golić nóg, gdyż tylko szaleniec ubrałby krótkie spodenki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz