Jako iż głównie ciężko zasuwamy roznosząc CV i szukając mieszkania, postanowiłyśmy w końcu odpocząć. No bo w Australii z definicji ludzie się nie przemęczają... Wstałyśmy raniutko, w samo południe (tylko Szilka ranny ptaszek wstała skoro świt, by na chwilę połączyć się ze swą miłością w dalekiej Polsce, ale potem znowu zasnęła) i udałyśmy się w stronę naszej stacji metra, Milsons Point. Co ciekawe, porannym łutem szczęścia Wiewióra wyczaiła obiecujące mieszkanie na gumtree, uznałyśmy to za dobry znak.
Niestety, mieszkając niemal w samym centrum, wyprawa na plażę to nie takie łatwe zadanie. Najpierw metro na Bondi Junction (UWAGA! Czyta się [bondaj], tylko wieśniaki i nieopierzone kurczaki mówią [bondi;]), potem chciałyśmy wesolutko udać się spacerkiem na plażę, ale niestety to przedsięwzięcie nas przerosło, trzeba było przejechać ok. 10 przystanków autobusem. Suma sumarum podróż zajęła nam blisko godzinę. W każdym razie, wysiadłyśmy z autobusu iii.....
Ujrzałyśmy! Pierwszy raz naszym oczom ukazała się słynna plaża "Bondaj"! No cóż... Może wielka ona nie jest, ale chyba najbliżej miasta. I z tego miejsca chciałyśmy zabawić się w Myth Busters. Hipoteza: Gdy udasz się na australijską plażę, ujrzysz tam tłumy surferów. Nasza opinia: MIT POTWIERDZONY! Środek zimy, a na niewielkiej plaży aż roi się od nich. Nawet nie tyle na plaży, co w wodzie. W piankach bo w piankach, ale jednak. Głównie szkółki, pełne młodzieży raczej, ale udało nam się wypatrzeć kilku średnio zaawansowanych. Ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu to nie było tak, że każdy z nich był powalającym na kolana blondynem z klatą jak marzenie. Dziwne... Zapewne gdy przyjdzie wiosna i pierwsze upały, na Bondi nie będzie dało się wetknąć palca między ludzi, a deski surfingowe zdominują zatokę. Na dzień dzisiejszy jednak zima na plaży oferuje niewiele ponad to, co Bałtyk w szczycie sezonu, dla Australijczyków to zdecydowanie za zimno. Niewątpliwym minusem jest to, iż każda plaża w obrębie aglomeracji Sydney wymaga poświęcenia jej całego dnia. My jako śpiochy z jet lagiem, przyjechałyśmy tam stosunkowo późno i wkrótce też musiałyśmy się zbierać obejrzeć kolejne mieszkanie. No właśnie, mieszkania...
Wygląda na to, iż nasze trio jest po prostu lepsze niż cała reszta świata. Na każdym kroku słyszymy, jak trudno o mieszkanie w Sydney. Castingi, większy popyt niż podaż, tysiące papierów... Nasz nauczyciel w colleagu powiedział nawet, że powszechną praktyką jest podbijanie ceny, która początkowo jest w ogłoszeniu, celem zdobycia wymarzonego gniazdka. A my co? Obejrzałyśmy w sumie 4 mieszkania, w każdym z nich nas chcą. A 3 z nich były na naprawdę dobrym poziomie! Ok, to prawda, jesteśmy ogarnięte, mamy cały komplet dokumentów, referencje, jesteśmy wygadane, sympatyczne (i skromne ofkors!) oraz inteligentne. I być może to jest tym czynnikiem, który powoduje, że wszyscy właściciele mieszkań patrzą na nas przychylnym okiem. Wkrótce nasza sytuacja mieszkaniowa powinna się wyjaśnić, gdy to nastąpi na pewno pochwalimy się rezultatem ;) Także tutaj rada od nas - gdy szukasz mieszkania w Sydney, zadbaj o odpowiednie przygotowanie formalne (niezbędne dokumenty), oczaruj właściciela, pokaż że jesteś z dobrego środowiska. Wtedy każde drzwi staną przed Tobą otworem.

Z pracą trochę gorzej, bo o dziwo telefony jeszcze się nie urywają. Mądrzy managerowie restauracji już powinni się martwić o dobry staff przed gorącym okresem we wrześniu, aleee przecież... Skomentuję to obrazkiem ;) :
Niestety, mieszkając niemal w samym centrum, wyprawa na plażę to nie takie łatwe zadanie. Najpierw metro na Bondi Junction (UWAGA! Czyta się [bondaj], tylko wieśniaki i nieopierzone kurczaki mówią [bondi;]), potem chciałyśmy wesolutko udać się spacerkiem na plażę, ale niestety to przedsięwzięcie nas przerosło, trzeba było przejechać ok. 10 przystanków autobusem. Suma sumarum podróż zajęła nam blisko godzinę. W każdym razie, wysiadłyśmy z autobusu iii.....
Wygląda na to, iż nasze trio jest po prostu lepsze niż cała reszta świata. Na każdym kroku słyszymy, jak trudno o mieszkanie w Sydney. Castingi, większy popyt niż podaż, tysiące papierów... Nasz nauczyciel w colleagu powiedział nawet, że powszechną praktyką jest podbijanie ceny, która początkowo jest w ogłoszeniu, celem zdobycia wymarzonego gniazdka. A my co? Obejrzałyśmy w sumie 4 mieszkania, w każdym z nich nas chcą. A 3 z nich były na naprawdę dobrym poziomie! Ok, to prawda, jesteśmy ogarnięte, mamy cały komplet dokumentów, referencje, jesteśmy wygadane, sympatyczne (i skromne ofkors!) oraz inteligentne. I być może to jest tym czynnikiem, który powoduje, że wszyscy właściciele mieszkań patrzą na nas przychylnym okiem. Wkrótce nasza sytuacja mieszkaniowa powinna się wyjaśnić, gdy to nastąpi na pewno pochwalimy się rezultatem ;) Także tutaj rada od nas - gdy szukasz mieszkania w Sydney, zadbaj o odpowiednie przygotowanie formalne (niezbędne dokumenty), oczaruj właściciela, pokaż że jesteś z dobrego środowiska. Wtedy każde drzwi staną przed Tobą otworem.

Z pracą trochę gorzej, bo o dziwo telefony jeszcze się nie urywają. Mądrzy managerowie restauracji już powinni się martwić o dobry staff przed gorącym okresem we wrześniu, aleee przecież... Skomentuję to obrazkiem ;) :

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz