Niedziela, to właśnie czas na wpis o tym, kto, gdzie i jak się bawił. No cóż, mamy mieszkanie, mamy pracę, postanowiłyśmy trzeci weekend w tym niezwykłym mieście dla odmiany spędzić nie w łóżku, a gdzieś na mieście. W takich sytuacjach zawsze dobrze mieć przewodnika, którym w tym przypadku został kolega z pracy Ani i Wiewióry. Pytanie "What do you prefer? Posh or cheap?" Oczywiście że CHEAP! I gdzie trafiłyśmy?
*UWAGA, poniższy przekaz będzie zrozumiały wyłącznie dla Krakusów*
Moi drodzy, odkryłyśmy w Sydney wyjątkową hybrydę - Wielopole 15, czyli stary, dobry KITSCH połączony z... BANIALUKĄ!
Tak jest. W centrum miasta, stara kamienica ze stromymi schodami. Wchodzisz na pierwsze piętro, strefa raczej barowa. I tutaj wielka niespodzianka! Każdy drink za 4$! Piwo, wódka, szkocka, bourbon, coś tam, wszystko z softem do tego. Whooooa! Pisałam już, że minimalna australijska stawka godzinowa to 16$. W praktyce więc za 4 drinki/piwa musimy przepracować całą jedną godzinę! W najgorszym wypadku ;)
Idziemy dalej, piętro wyżej jest parkiet. Wejścia na to piętro pilnuje bucowaty ochroniarz, który przepuścił dwie z nas, a trzeciej wraz z Javierem kazał czekać. Więc mówimy do niego ładnie i grzecznie, że jesteśmy razem i czy nie moglibyśmy wejść, na co usłyszeliśmy "Could you shut up? If you wanna go up, just shut up". No cóż, co kraj, to obyczaj. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu, na górze również znalazłyśmy bar "wszystko za 4$". Muzyka całkiem przyjemna, taneczna, radiowa, do zabawy w sam raz. Sporo ludzi, buraczani ochroniarze pilnowali, by na górze nie było dzikiego tłumu i wpuszczali tylko określoną liczbę osób. Ogólnie to wielki plus, okazuje się, że można w Sydney zabawić się niewielkim kosztem, mieszanka ludzi podobna jak w Kitschu, a więc wesoło.
Niestety, wszystkie z nas to istotki pracujące, piątek świątek, więc na imprezę poszłyśmy po pracy, a następnego dnia również w perspektywie praca. Poskutkowało to tym, że nasza impreza skończyła się po 1,5h. Największą niespodziankę miałyśmy idąc na metro, gdy... spotkałyśmy znajomego! Wow, poczułyśmy się takie... lokalne! Wracamy z imprezy i spotykamy na ulicy znajomych! No dobra, jednego znajomego, ale zawsze coś.
Oczywiście musicie mieć świadomość, że takich miejsc w Sydney podobno nie ma zbyt wiele. Przeciętna knajpa za drinki woła sobie kilkanaście dolarów, piwo to około 7-8, różnie. W większości klubów obowiązuje dresscode, podobno najlepsze imprezy w knajpach gejowskich. No cóż, na razie to tylko "podobno". Pewnie za jakiś czas się przekonamy, jak przyjdą lepsze czasy ;)
Wracając już metrem do domu spotkałyśmy dwie dziewczyny upojone tak, że Rosjanie by się nie powstydzili, coś rzuciły, my odpowiedziałyśmy, na co usłyszałyśmy "Wooow! Your accent is sexy!". Tutaj ciekawostka, w wielu częściach świata ludzie nie mając wielu kontaktów z Polakami, słysząc polski-angielski kojarzą akcent z Rosją. Zresztą i my słysząc naszych rodaków niekiedy słyszymy rosyjski-angielski. A tutaj notorycznie, parę razy dziennie w pracy, ludzie pytają nas, skąd jest nasz akcent, bo brzmimy jak Szwedzi, ale trochę inaczej. Dodajcie do tego moje i Ani blond włosy oraz jasne oczy, skojarzenie jednoznaczne ;) Wiewióra bardziej jak Rumunka, ale też ok :D W każdym razie gdy już powiemy, że jesteśmy z Polski, z reguły ludzie reagują pozytywnym zaskoczeniem. Czasem bardzo pozytywnym, do tego stopnia, że jedna pani wsunęła mi delikatnie do ręki 10$ napiwku, być może pomyślała "Biedne dziecko z Polski, a taka uprzejma" ;)
Wkrótce, po dokonaniu odpowiedniej dokumentacji fotograficznej, postaramy się przedstawić jak wygląda "aussi fasion", bo po wczorajszej imprezie... No cóż, tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć. I bynajmniej nie robimy tutaj "ach i och", raczej wielkie oczy.
Ps. Kupiłyśmy łódkę! Parkujemy pod domem ;)
*UWAGA, poniższy przekaz będzie zrozumiały wyłącznie dla Krakusów*
Moi drodzy, odkryłyśmy w Sydney wyjątkową hybrydę - Wielopole 15, czyli stary, dobry KITSCH połączony z... BANIALUKĄ!
Tak jest. W centrum miasta, stara kamienica ze stromymi schodami. Wchodzisz na pierwsze piętro, strefa raczej barowa. I tutaj wielka niespodzianka! Każdy drink za 4$! Piwo, wódka, szkocka, bourbon, coś tam, wszystko z softem do tego. Whooooa! Pisałam już, że minimalna australijska stawka godzinowa to 16$. W praktyce więc za 4 drinki/piwa musimy przepracować całą jedną godzinę! W najgorszym wypadku ;)
Idziemy dalej, piętro wyżej jest parkiet. Wejścia na to piętro pilnuje bucowaty ochroniarz, który przepuścił dwie z nas, a trzeciej wraz z Javierem kazał czekać. Więc mówimy do niego ładnie i grzecznie, że jesteśmy razem i czy nie moglibyśmy wejść, na co usłyszeliśmy "Could you shut up? If you wanna go up, just shut up". No cóż, co kraj, to obyczaj. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu, na górze również znalazłyśmy bar "wszystko za 4$". Muzyka całkiem przyjemna, taneczna, radiowa, do zabawy w sam raz. Sporo ludzi, buraczani ochroniarze pilnowali, by na górze nie było dzikiego tłumu i wpuszczali tylko określoną liczbę osób. Ogólnie to wielki plus, okazuje się, że można w Sydney zabawić się niewielkim kosztem, mieszanka ludzi podobna jak w Kitschu, a więc wesoło.
Niestety, wszystkie z nas to istotki pracujące, piątek świątek, więc na imprezę poszłyśmy po pracy, a następnego dnia również w perspektywie praca. Poskutkowało to tym, że nasza impreza skończyła się po 1,5h. Największą niespodziankę miałyśmy idąc na metro, gdy... spotkałyśmy znajomego! Wow, poczułyśmy się takie... lokalne! Wracamy z imprezy i spotykamy na ulicy znajomych! No dobra, jednego znajomego, ale zawsze coś.
Oczywiście musicie mieć świadomość, że takich miejsc w Sydney podobno nie ma zbyt wiele. Przeciętna knajpa za drinki woła sobie kilkanaście dolarów, piwo to około 7-8, różnie. W większości klubów obowiązuje dresscode, podobno najlepsze imprezy w knajpach gejowskich. No cóż, na razie to tylko "podobno". Pewnie za jakiś czas się przekonamy, jak przyjdą lepsze czasy ;)
Wracając już metrem do domu spotkałyśmy dwie dziewczyny upojone tak, że Rosjanie by się nie powstydzili, coś rzuciły, my odpowiedziałyśmy, na co usłyszałyśmy "Wooow! Your accent is sexy!". Tutaj ciekawostka, w wielu częściach świata ludzie nie mając wielu kontaktów z Polakami, słysząc polski-angielski kojarzą akcent z Rosją. Zresztą i my słysząc naszych rodaków niekiedy słyszymy rosyjski-angielski. A tutaj notorycznie, parę razy dziennie w pracy, ludzie pytają nas, skąd jest nasz akcent, bo brzmimy jak Szwedzi, ale trochę inaczej. Dodajcie do tego moje i Ani blond włosy oraz jasne oczy, skojarzenie jednoznaczne ;) Wiewióra bardziej jak Rumunka, ale też ok :D W każdym razie gdy już powiemy, że jesteśmy z Polski, z reguły ludzie reagują pozytywnym zaskoczeniem. Czasem bardzo pozytywnym, do tego stopnia, że jedna pani wsunęła mi delikatnie do ręki 10$ napiwku, być może pomyślała "Biedne dziecko z Polski, a taka uprzejma" ;)Wkrótce, po dokonaniu odpowiedniej dokumentacji fotograficznej, postaramy się przedstawić jak wygląda "aussi fasion", bo po wczorajszej imprezie... No cóż, tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć. I bynajmniej nie robimy tutaj "ach i och", raczej wielkie oczy.
Ps. Kupiłyśmy łódkę! Parkujemy pod domem ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz