czwartek, 22 sierpnia 2013

Jak sobie radzić w Sydney? Kilka wskazówek. cz. I

Jako że jesteśmy tu już całe 2 (słownie: dwa!) tygodnie i czujemy się bardziej ogarnięte niż niejedna pani w agencji, której nazwy tutaj nie wymienimy, postanowiłyśmy się podzielić pierwszymi cennymi uwagami.

1. Jedzenie.
Mamy tutaj dwie opcje. Opcja a) mieszkasz w obskurnym hostelu i nie masz ochoty gotować we wspólnej kuchni. Opcja b) mieszkasz w mieszkaniu i nie masz nic przeciwko gotowaniu. W pierwszym przypadku okazuje się, że za stosunkowo niewielkie pieniądze, można całkiem dobrze pojeść. Jedyne co jest tutaj wymagane, to lekki reżim - trzeba czekać! Wspominałyśmy już wcześniej o tym patencie - w Sydney w każdym bardziej zatłoczonym miejscu, można spotkać Food Courty. Wygląda to jak część restauracyjna w każdej większej galerii handlowej, knajpka obok knajpki. Gdy minie lunch time, restauracje stają na głowie, by wyprzedać resztę jedzenia (w Polsce restauratorzy raczej wyrzucą jedzenie, niż sprzedadzą po kosztach, ale cóż, taka polityka). Koło 15-16 można kupić lunch-boxa za 5$, gdy wstrzymamy się do 17, można nawet kupić 3 za7$! Do wyboru do koloru, makarony, sałatki, tajskie z ryżem, japoński klasyk bento, a ja jako fanka tejże kuchni nieraz łapałam się na promocję "2 rolls for 3$!" (przy czym jeden roll to grubaśny mak o długości 10cm, można się tym zapchać). Gdy mamy już własne mieszkanko i chcemy gotować, zwłaszcza do szkoły, warto zachować pudełeczko po luch-boxie, bo można go do mikrofali wrzucać. Zakupy robimy w Aldi, kilka ciekawostek: 1kg makaronu penne za 1$, blok 0,5kg sera za 3$. Nawet jak na polskie realia, jest to tanio! A gdy przeliczymy to na najniższą australijską pensję - 16$ za godzinę - wręcz śmiesznie tanio. Gdy pójdziemy do lokalnych delikatesów, zapłacimy 2, 3 razy więcej. Da się? Da się!

2. Mieszkanie.
Poszukiwanie mieszkania to pierwsza rzecz, jaką powinno się zrobić po przyjeździe. Czemu? Bo z reguły trzeba wywalić niemałą kasę na tzw. Bonda, czyli kaucję. Zazwyczaj jest to 3-, bądź 4-tygodniowy czynsz. A z reguły na łebka wychodzi to do 200$ (za tydzień!), w zależności od wybranej opcji. Najtaniej oczywiście wynająć share room, czyli pokoj w mieszkaniu dzielony z kimś. Wtedy tygodniowy koszt życia to około 120$. Można wynająć cały pokój w dzielonym z kimś mieszkaniu - wtedy już trzeba liczyć się z kosztami rzędu 190$. No i można naszym wzorem, poszukiwać one-bedroom apartment bądź studio, czyli nasza polska garsoniera. Studio można wynająć za około 400$ (w dalszym ciągu, tygodniowo), nawet w centrum, gdy dzielimy je z kimś, wyjdzie nam po 200$. One-bedroom apartment to już koszt rzędy 450-600$ (tak, za tydzień wynajmu), ale nam we trójeczkę w takim dobrze i dzięki temu nie płacimy zbyt dużo ;) Na co trzeba się przygotować? Na maaasę dokumentów. Najlepiej przygotować referencje skąd tylko się da, gdy przedstawimy takowe z Australii, możemy być niemal pewni, że przyszli landlordowie zadzwonią by sprawdzić wiarygodność.
Wiele osób decyduje się na życie na obrzeżach. Co zyskujemy? Pieniądze. Na obrzeżach można wynająć cały dom za 500$ tygodniowo. Co tracimy? Czas. I pieniądze ;) Bo dojazd, metrem bądź autobusem, niejednokrotnie to 40 minut do godziny, czasem z przesiadką, a bilety tygodniowe też kosztują, mieszkając w centrum możemy w ogóle nie kupować biletów.

3. Telefony
Gdy jedziesz do Australii z kimś i lubisz dzwonić do Polski, da się to załatwić niskim kosztem. Na przykład, my korzystamy z Lycamobile, do siebie mamy za darmo, do Polski za 15 centów. Wiodące tutaj sieci telefoniczne to Vodafone, Telstra i Optus. Oni niestety nie mają tanich połączeń do Polski, ale niejednokrotnie bardzo dobre oferty - w abonamencie a 30$ miesięcznie nieograniczone smsy, 300mb internetu i najnowszy smartfon w pakciecie. Przypominam, najniższa stawka godzinowa stawka to 16$, a w każdej lepszej pracy można liczyć na ponad 20, mówimy tu więc o abonamencie równowartym 1,5 godziny pracy. iPhone'a możemy mieć w abonamencie za kilkadziesiąt $, dlatego niemal każdy tutaj takowego posiada.

4. Komunikacja
Jednorazowy przejazd metrem na krótkim odcinku, nawet 1 przystanek - 3,60$. Średnio się opłaca. A bilety okresowe? Gdy za pierwszym razem usłyszałyśmy, że tygodniowy bilet na metro to blisko 40$, opadły nam szczęki. 160$ miesięcznie? No ale zaraz - gdyby nam się udało dostać pracę, w której stawka wynosi np. 20$ za godzinę, tygodniowy bilet na metro to zaledwie dwie godziny naszej pracy... Drogo? W przeliczeniu na złotówki tak, w przeliczeniu na australijskie realia nie. Tak czy siak polecamy jednak dużo chodzić, wtedy można naprawdę poznać miasto i okolice ;) My mieszkamy w centrum, więc z metra nie korzystamy zbyt często, dlatego bilety kupujemy na bieżąco. I tutaj mały trik - warto kupować bilety typu "return". Jak pisałam, single kosztuje 3,60$, natomiast za return zapłacimy już 4,80. Gdyby kupować osobno w jedną stronę i osobno w drugą, wyjdzie nam to 7,20$. Jest to zauważalna różnica.

5. PRACA!
Kłamać, kłamać, kłamać :) Niestety, taka prawda. Zawsze odpowiadajcie "tak". Masz doświadczenie? Tak. Masz kurs RSA [odpowiedzialnego podawania alkoholu]? Tak (gdy dostaniesz pracę lecisz go szybciutko zrobić, organizowane codziennie, 6 godzin, certyfikat od ręki, można zrobić on-line). Masz Tax File Number [coś jak NIP]? Tak, złożyłeś/aś wniosek i czekasz na odpowiedź (w rzeczywistości możesz nawet tego samego dnia złożyć, masz czas do 2 tygodni by donieść go pracodawcy, a dostaniesz go po tygodniu). Umiesz zamontować silnik w odrzutowcu? Tak (tak czy siak, nikt nie każe Ci pracować oczekując, że się wszystkiego domyślisz, na pewno Cię przeszkolą). Oczywiście nie możemy kłamać, że mamy doświadczenie w Australii, bo prawdopodobnie sprawdzą to. A tak naprawdę podstawą jest dobry angielski. W dobrej restauracji dadzą Cię na kelnerkę, mimo że nie umiesz nieść trzech talerzy ani nie znasz zasad podawania jedzenia, gdy mówisz ładnym angielskim, podczas gdy biedna Emanulea z Chile ze znacznie większym doświadczeniem dalej będzie tylko runnerem (osobą podającą jedzenie do stołu), bo jej
angielski to w zasadzie Spanglish. To oczywiście tylko przykład, ale takich jest wiele. Mężczyźni z dobrym angielskim mogą spokojnie liczyć na posadę kelnera, ci którzy tylko dukają, nawet gdy prezentują się nienagannie, pewnie wylądują na kuchni na zmywaku. Tak więc moi mili, prawdą jest to, co nam rodzice truli od dziecka: ucz się angielskiego! Angielski to podstawa.
Co najbardziej się opłaca? Pracować na umowę! Nic na czarno, żadne cash in hand. Bo gdy masz umowę, dostajesz zwrot podatku, odkłada Ci się fundusz emerytalny, którzy przy ewentualnym wyjeździe z kraju możesz cały odzyskać (Australijczycy nie mogą go ruszać, z niego bowiem dostają emeryturę). Tak więc bądź dobrym obywatelem i płać podatki! Zwróci Ci się to, a stawkę dostaniesz taką samą albo i lepszą, niż w przypadku cash in hand.

No i na koniec najważniejsze - gdy ktoś Ci mówi, że zima w Australii bywa mroźna, uwierz mu na słowo. Przed wyjazdem zastanawiałam się, czy jest sens brać długie spodnie. Na szczęście nasz tutejszy mentor kategorycznie kazał nam zabrać ze sobą kilka par długich spodni i kurtki, bo zima BYWA MROŹNA. Tego roku podobno jest wyjątkowo łagodna i ciepła - temperatura w nocy spada tylko do 7 stopni (a przecież domy i mieszkania tutaj nie są ogrzewane). Dwa lata temu podobno bywały dni, gdy temperatura spadała do 0 stopni. Na przykład Ania stwierdziła, że to gadanie o zimie to przesada i nie wzięła kurtki, bo po co, do Australii? Teraz chodzi w czterech warstwach ubrania ;)
Cieple skarpety obowiązkowo!

No ale za miesiąc już wiosna, a zaraz potem - upały 40 stopni ;) I żeby nie było, dorzucamy zdjęcia okolicy NASZEGO autorstwa.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz