poniedziałek, 12 sierpnia 2013

No worries!

Okazuje się, że życie w Sydni zmienia się jak w kalejdoskopie. Albo jak humory kobiety w czasie okresu

Jak było w czwartek? Dramat, brak wiary w siebie, chęć powrotu do domu.
Piątek - mobilizacja! Pozytywne nastawienie, pierwsze zachwyty miastem, próby zaplanowania czegokolwiek.
Sobota - gorączkowe poszukiwania pracy oraz mieszkania.
Po sobocie byłyśmy trochę przybite, wydawało nam się, że musimy się bić o mieszkania, udowadniać swoją zajebistość, dostarczać milion dokumentów (sponsorshipy podpisane notarialnie, balance sheety, prawo jazdy, referencje z każdego niemal zakątka świata no i ofkors z samej Australii, takie z nas światowe dziewczyny!) i trzymać kciuki, że może się uda. Z pracą trochę lepiej, bo sporo ludzi wykazywało całkiem miły entuzjazm. Dodatkowo mamy tutaj pewną cechę, która daje nam od razu +1000 w wielu miejscach - mówiąc wprost i bez ogródek, Aussis są rasistami, chociaż żaden tego od razu nie przyzna, dopiero jak z nimi wypijesz i pociągniesz ich za język. Najlepszym dowodem na to jest chociażby fakt, że do lat 70 murzyni nie mieli tutaj wstępu. Dlatego też 3 słowiańskie dziewczęta z Europy w morzu azjatyckich imigrantów, dodatkowo (będąc nieskromnymi) mówiące lepiej od nich po angielsku, mają spore szanse na znalezienie pracy.
Niedziela też była dość ciekawym dniem, bo sporo przegadałyśmy na piwie z chłopakami, którzy tutaj siedzą już od lat. Popytałyśmy, wybadałyśmy, poszerzyłyśmy zakres poszukiwań.
I co? I dzisiaj rano jesteśmy w zgoła innej sytuacji. Po pierwsze, w spożywczym nagle dostajemy propozycję roboty na czarno. Fajnie, fajnie, bo nawet jak dostaniemy legalną robotę, możemy sobie dorabiać. Ale stawka śmiesznie niska. Co dalej, nagle okazuje się, że możemy przebierać w ofertach mieszkań. Jeden renter ponagla nas, żebyśmy się decydowały, bo chciałby nam wynająć, zaraz dzwoni agencja, że wygrałyśmy casting i chcą nas do super wypasionego mieszkania i na koniec jeszcze znalazłyśmy dużo większe mieszkanie, za niższą cenę, ale tylko na 3 miesiące. Biją się o nas!
Sydney wciąż nas zaskakuje, z każdym dniem wszystko się zmienia, a my coraz bardziej zaczynamy wybrzydzać, mimo iż z początku zarzekałyśmy się, że bierzemy co tylko nam wpadnie w ręce. Żaden poradnik ani przewodnik nie powie Ci tak naprawdę, czego możesz się spodziewać po przyjeździe. W sumie chyba lepiej nastawić się na gorsze a potem miło się rozczarować. Z drugiej strony być może w "high seasonie" od października jest trudniej, bo więcej ludzi, mniej ofert itd.

Jedno jest pewne - życie tutaj nie jest trudne, dlatego też idealnie pasuje dewiza lokalsów - NO WORRIES.
A z każdym spacerem po mieście (albo wieczornym przejściem przez Harbour Bridge do naszego cudnego North Sydney) coraz bardziej podoba nam się miasto, jego klimat i wszystko inne. Coraz sprawniej się poruszamy, kojarzymy ulice, znamy dzielnice. Coraz mniej w nas turystek, coraz bliżej nam do bycia mieszkankami Sydni.



Ps. Każda rozmowa na Skypie z Polską, niezależnie od tego która z nas dzwoni i do kogo, zaczyna się od tego samego pytania "Widziałyście już koalę/kangura/wombata/pająka*?".

(*niepotrzebne skreślić)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz