wtorek, 17 września 2013

Australia aka Mordor - kraina ognia i bezkresu

Niestety, ale nawet w Australii czasem pada. W zimie nawet nie czasem, oprócz tego roku, który jak do tej pory odznacza się dość nietypową pogodą. Deszcz, jak zresztą wszędzie na świecie, wszystko nam psuje. No bo jak mamy day-off, to nic, tylko siedzieć cały dzień w domu, zamulać i klnąć, bo dzień wcześniej wywiesiło się pranie, które w tej sytuacji aktualnie pierze się drugi raz. A jeśli pracujemy, a zakładamy że jak większość młodzieży uczącej się, pracujemy w hospitality, czyli naszej rodzimej gastronomii, to jest to po prostu dramat w jednym akcie. Każdy nowy stolik witamy z uśmiechem i niekłamaną radością, szukamy najróżniejszych zajęć, a po 3 godzinach i tak nas puszczają do domu, bo jest pusto. Tylko jak tu wyżyć, jeśli się ma zmiany 3-godzinne? Dlatego też lepiej, gdy nie pada...
.
.
Nie do końca! Deszcz to w zasadzie najlepsze, co może się tutaj wydarzyć wczesną wiosną. Ostatnia podróż z naszym doświadczonym przewodnikiem dała nam trochę do myślenia. Otóż jadać drogą z obu stron obrośniętą zbitym gąszczem roślin pomyślałam "Wow, jakie fajne drzewa. Niby taki jasno-zielony i przejrzysty las, ale pnie takie czarne, robią mroczny klimat". Że jestem blondynką to żadna nowość, ale jak się nie ma z tym na co dzień kontaktu, można się pomylić - pnie były czarne, ponieważ były spalone. A dodam jeszcze, iż znajdowaliśmy się wciąż na terenie Sydney. No cóż, zdziwiło mnie to, ponieważ słysząc nieraz w mediach o pożarach w Australii, widziałam obrazy hektarów lasów pożeranych przez ogień. Sądziłam że taki pożar zostawia po sobie obraz godny Warszawy po II wojnie światowej. Jednak mateczka przyroda do spółki z ciotką ewolucją zadbały o to, by tak nie było. No bo przecież wtedy mielibyśmy na mapie plasterek spalonego na obrzeżach boczku zamiast tej wbrew pozorom zielonej krainy. Okazuje się, że pożary lasów wcale ich doszczętnie nie niszczą. Drzewa potem odrastają, a co więcej, potrzebują tych pożarów! Po pierwsze, popiół użyźnia ziemię, ale to wiemy wszyscy. A co może nie jest do końca takie oczywiste to to, że niektóre drzewa potrzebują wysokiej temperatury, by ich nasiona wykiełkowały Z kolei eukaliptusy posiadają tak zwane pąki śpiące, które jak sama nazwa wskazuje, śpią. Dopóki nie pojawi się pożar - dopiero wtedy się uaktywniają. Aby zapewnić sobie możliwość rozrostu, rośliny te produkują łatwopalne związki eteryczne i same się zapalają. Pożarów w Australii się nie gasi, dopóki nie zagrażają ludziom, a na dodatek wywołuje się je - skoro i tak czy siak lasy mają się zapalić, to po co czekać i pozwolić im palić się jak im się podoba? Robiąc niewielki research na ten temat odkryłam także, iż w Australii tematyka ta to iście gorący temat (taki sucharek tematyczny...). Gdy poszuka się głębiej, można znaleźć całą masę artykułów opisujących wpływ pożarów na kształtowanie ekosystemu lasów eukaliptusowych (jakby ktoś był niesamowicie głodny wiedzy, to polecam: Christensen P., Impact of fire in the eucalypt forest ecosystem of southern western Australia: a critical review ).
Ale w dalszym ciągu chyba nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić tego, jak wygląda pożar w Australii. Ok, hektary ognia brzmią bardzo poetycko i myślimy sobie, że musi to być bardzo dużo. Jednak dopiero jadąc w kierunku Royal National Park, ujrzałam bezkres drzew i gdy pomyślałam, że od półtora miesiąca nie padało (na szczęście następnego dnia lunęło żabskami), zaczęłam wyobrażać sobie ten krajobraz w ogniu. Posłużę się tutaj obrazkiem z internetu, w niewielkim stopniu oddaje to, co można sobie wyobrazić. Nie porównam tego słowami, ponieważ nie znam w Polsce takiego miejsca, w którym stojąc, moglibyśmy zobaczyć jak na dłoni tak ogromną i bujną połać lasów.


....a teraz wyobraźcie to sobie, ale X razy bardziej. Ponieważ na zdjęciu widać zaledwie jeden pagórek pokryty ogniem. Natomiast ja miałam przed oczami dziesiątki ciągnących się pagórków, tak daleko, jak tylko sięgał wzrok. I nie było to jakieś szczególne miejsce, była to zwyczajna droga ciągnąca się wzdłuż drzew, czasami odsłaniająca większy widok. Dodatkowo, to nie jest tak, że gdy płoną, to jakieś odległe lasy w głębi kraju. Wszystkie wielkie miasta znajdują się na wybrzeżu, gdzie panuje znacznie łaskawszy klimat. Samo Sydney jest bardzo zielone, pełne parków i drzew, a gdy odjedziemy 10km za centrum, spotykamy pierwsze lasy. Jednak klimat nie jest aż tak przyjemny - w dalszym ciągu upalne lato to ogromne zagrożenie, nawet dla nadmorskich miejscowości. Historia zna przypadki, gdy Sydney znajdowało się w pierścieniu ognia o średnicy kilku tysięcy kilometrów. Pył nadlatuje nad miasto, uniemożliwia normalne funkcjonowanie, ludzie są przerażeni, tysiące owiec giną, wielu ludzi również, straty sięgają dziesiątek milionów dolarów. A mimo to, pożary w Australii są czymś normalnym.. I pomimo dramatu jaki to za sobą niesie, podobno przejazd nocą przez płonące drogi to niesamowite przeżycie. Tutaj mała namiastka tego, co to może oznaczać:

Tak by to wyglądało w ciągu dnia, gdyby był to zaledwie lekki pożarek, jedno płonące drzewko. Natomiast nocą, nieco większy kaliber, wyglądałby tak:


Dlaczego używam trybu przypuszczającego? Ponieważ zobaczenie takiego widoku nie jest takie oczywiste i dostępne dla każdego. Oczywiście wszelkie drogi są zamykane, dopóki żywioł nie będzie pod pełną kontrolą. Gdzie więc można zobaczyć taki spektakl na żywo? Na outbacku!

I tak oto mozolnie dotarliśmy do drugiej części tejże wypowiedzi. Czym jest outback? Stuprocentowym duchem Australii! Po prostu, wsiadamy w samochód i jedziemy. Ale ale, to nie jest Europa, nie jedziemy sobie od miasteczka do miasteczka, autostradą, przez lasy, wioski, cokolwiek. Im bardziej do środka kraju, tym bardziej pusto. Jedziesz całymi dniami przez pustkowia, często nie spotykając zbyt często innych samochodów. A podobno najwięcej można spotkać emerytowanych dziadków w camperach podróżujących gdzie się tylko da. Australia jest najbardziej płaskim kontynentem, gdy znajdziemy się w głębi kraju (podobno godna polecenia jest trasa Sydney - Uluru), znajdujemy się na bezkresnej płaszczyźnie. Użyję bezpośrednio słów naszego kolegi, wielkiego miłośnika outbacku: Jadąc w nocy, na długich światłach, w pewnym momencie zobaczymy na przeciwko nadjeżdżający samochód. Ty jedziesz 110km/h, on jedzie 110km/h. Mijacie się po upływie pół godziny. I kiedy tu zmienić te długie...

Właśnie na takiej wyprawie możemy ujrzeć pożary w całej swej okazałości, ale trzeba bardzo uważać. Na takiej wyprawie zobaczymy jeden z motorów napędzających australijską gospodarkę - ogromne tiry, po kilka przyczep, pędzące jak szalone przez pustynie (silne lobby ciężarówkowe i istotna pozycja Quantasa są przyczyną, dla której kolej w Australii nigdy nie rozwinęła się tak, jakby mogła). Zobaczymy dzikie zwierzęta i tutaj trzeba uważać na kangury, bo bywają agresywne i atakują samochody, kopiąc tylnymi nogami. Dodaj do tego nocleg na pustyni pod gwiazdami, przy ognisku i aż chce się jechać. Ale oczywiście nie jest to wyprawa dla każdego ;) Trzeba się nastawić na spartańskie warunki oraz... niezapomniane przygody, cudowne krajobrazy i wiele, wiele innych rzeczy trudnych do opisania. Niestety, ponownie jak w przypadku pożarów, nie doświadczyłyśmy tego na żywo i nie posiadamy zdjęć, posłużę się wujkiem google:



Mam nadzieję, że przed powrotem do domu również będziemy mogły się pochwalić zdjęciami z outbacku ;)


niedziela, 15 września 2013

Jak obcować z kangurami oraz gdzie plażować.

Niestety, ostatnio rutyna nas trochę zabiła, nie było o czym pisać, nie było czasu na refleksje, w sumie to niewiele było poza pracą i szkołą. Aaaale przełamałyśmy to! Zaliczyłyśmy dwie ciekawe wycieczki iiii mamy trochę nowych przemyśleń :)

Po pierwsze - kangury! I tak, koniec z pytaniami "Czy widziałyście kangura?". No ba! Prawdę powiedziawszy już samo ujrzenie słynnego australijskiego znaku z kangurem, wywołało u nas pisk radości i ekscytację. Ale po kolei, co, jak, dlaczego i gdzie. Pojechałyśmy do Morisset. Dlaczego tam? Bo tam można zasmakować kontaktu ze zwierzętami w swoim naturalnym środowisku, na dodatek jest to otwarty park i nie trzeba płacić za wstęp. Nie każdy wie o tym miejscu, bo nie jest ono w ogóle turystyczne, nie ma reklam, wszechobecnych broszur ani ulotek w centrach handlowych. Na całym świecie jest tak, że najlepiej odwiedzać miejsca, które wskaże nam ktoś, kto jakiś czas mieszka w danym kraju/mieście i ma trochę większe pojęcie ponad to, co jest w przewodnikach. Do naszego parku ciężko się w ogóle było dostać, blisko 2,5 godziny jazdy autobusem, a potem jeszcze trzeba przez godzinę iść drogą przez las.. Próbowałyśmy łapać stopa, ale jedyny kierowca który się zatrzymał, wiózł czwórkę dzieci i zapytał czy wszystko ok. Po długim marszu w lekkim skwarze (chwała bogu, że to dopiero początek wiosny, w lecie byłby koszmar), doszłyśmy na polankę i zaczęłyśmy popiskiwać "O mój boże! Patrz! One tam są! Widzę je! Widzę ich uszka!". Przygotowałyśmy po kromeczce chleba i weszłyśmy na polanę... I się przestraszyłyśmy.
  Ponieważ gdy kangury nas zauważyły, zaczęły biegnąć do nas zewsząd, a nie wiedziałyśmy tak naprawdę czego się można po nich spodziewać. Cóż, z kangurami trzeba ostrożnie ;) Bo mogą się zdenerwować, gdy nie da się im kromki. Jeżeli widzą, że trzymamy ją w ręce, a nie chcemy im dać, zaczynają drapać. Tru strony, ja do dzisiaj mam sznity na przedramionach. Ale jak już zobaczą, że nic nie mamy, jest spokojnie. Można się z nimi powygłupiać, zapozować do zdjęcia i nie obawiać się o swoje życie. Doświaczenie niewątpliwie bardzo emocjonujące, spotkać na żywo zwierzę, które znane nam było tylko z kreskówek i filmów. Oczywiście dla Aussich zwierzęta te to jak dla nas sarny, są wszędzie. Mimo to spotkaliśmy parę z miasteczka, młody chłopak z dziewczyną, którzy mimo przywyknięcia do kangurów lubili się czasem wyrwać do parku i z nimi poobcować. Widząc że wracają zatrzymałyśmy ich i bezczelnie wepchałyśmy się do samochodu na darmową podwózkę ;) Wycieczka na ogromny plus, jeżeli ktoś chce zobaczyć te zwierzaki, niech zapomni o płatnych parkach i zoo. Nam się udało bardzo niskim kosztem zwiedzić kawałeczek Australii z okien autobusu, spotkać kangury w ich środowisku i mieć z nimi taki kontakt, na jaki tylko miałyśmy ochotę, bez ograniczeń, plakietek z napisem "Please do not feed the animals" itd.


No i teraz druga wycieczka, na którą zabrała nas nasza lokalna dobra duszyczka. Całkiem niedaleko, bo zaledwie 20km od Cantenbury, znajduje się Royal National Park. Niestety dojazd tylko samochodem, wjazd do parku 11$ od samochodu. Ale jakie widoki! Już sam park jest piękny, jedzie się krętą drogą wśród drzew, w pewnym momencie jest jezioro, przepiękne, ale to nie był nasz cel, my jechaliśmy dalej. Po jakimś czasie pojawiają się między drzewami przebłyski ogromnego błękitu. Ocean! No cóż, byłyśmy już wcześniej na plaży, ale Bondi to plaża miejska. Ta jest zupełnie inna. Bardziej dzika, naturalna, zachwycająca, do tego ocean o niesamowicie błękitnym kolorze.
Woda niestety wciąż lodowata, a fale ogromne. Podobno w lecie często bywają tam surferzy, miejsce wydaje się wręcz idealne. Ach jak bardzo chciałyśmy wskoczyć do wody.... Niestety nie byłyśmy na to przygotowane, żadnego ręcznika, rzeczy do pływania. Zamiast tego postanowiliśmy wspiąć się na klif. Wspinaczka przez krzaki dostarczyła wielu emocji - udało nam się spotkać kolczatkę (coś a la połączenia jeża z mrówkojadem), jaszczurkę długości 50cm, pelikana oraz... Maleńkiego czerwonego pajączka, na pewno jadowitego, akurat próbował wejść do naszej torby. Z klifu widok był równie piękny, przestwór oceanu, przyjemna bryza na twarzy, szum fal i spokój. Takie miejsca warto odwiedzać! I po raz kolejny, nie jest to szczególnie turystyczne miejsce, dzięki temu nie ma tam wielkich tłumów i ciasnoty. Naprawdę bardzo dobrze jest znać kogoś, kto zna miejsca ;) Poruszając się od atrakcji do atrakcji często omijamy szczególnie piękne miejsca, które oferują nam znacznie więcej, niż prywatne ośrodki czy popularne plaże. W takiej Australii można się absolutnie zakochać. A podobno najciekawiej jest na outbacku, ale o tym w następnym wpisie ;)

Ach ten widok... Całe szczęście, że nikt nie może nam odebrać wspomnień i obrazów, które mamy zachowane w głowie.

piątek, 6 września 2013

Wieczorna magia Sydney

Gdy się chwilę pomieszka w Sydney, można poznać na pamięć rozkład jazdy ulicznych artystów. Na przykład, wychodząc popołudniu ze stacji metra Town Hall na George Street, często możemy spotkać faceta ubranego a la Michael Jackson, który co prawda nie śpiewa równie dobrze jak on, ale tańczy i robi show. Gdy pojawiam się tam koło 22, zawsze spotykam starszego pana, który siedzi przed Woolworthsem (sieć supermarketów) i puszcza muzykę z jakiegoś odtwarzacza. W weekend zawsze znajdzie się parę pijanych dziewczyn tańczących dookoła niego, śmiejąc się w niebogłosy ;) Schodząc po schodach na stację metra, spotykamy starszego pana z Ameryki Południowej, grającego na gitarze. Gdy w piątek wychodzę z pracy i idę przez Darling Harbour, najpierw mijam gościa, który stoi na jakiejś dziwnej konstrukcji i żongluje kręglami mając na głowie konstrukcję płonącą żywym ogniem. Kawałek dalej możemy spotkać dziewczynę, tańczącą z ognistym hula-hop. Dzisiaj pojawiła się nowość, bo u podnóży biurowca jeden z firm Wielkiej Czwórki siedział młody chłopak grający na gitarze, śpiewający jakąś piosenkę, wzbudzającą w mym sercu silną tęsknotę za czymś bliżej nieokreślonym. Naprawdę, zrobił na mnie wrażenie. O ile zeszły piątek zapisał się niechlubnie w naszej pamięci jako przerażający wieczór na King's Cross, o tyle ten w mojej pamięci zapisał się jako przyjemny i magiczny. Gdyby przejść całe centrum wieczorem w trakcie weekendu, napotkamy wielu różnych ulicznych artystów, prześcigających się w pomysłach. Wystarczy do tego dodać widok na zatokę oraz operę i od razu, odczuwamy to, że jesteśmy w specyficznym miejscu. Wczoraj znajomi zabrali nas do ciekawego pubu, z dość niezwykłym widokiem:



Ach gdyby nie musieć tutaj pracować i jedynie cieszyć się urokami miasta... Zapewne szybko by nas to znudziło i udałybyśmy się wgłąb kraju, do buszu, albo na północ, do Queensland, do raju surferów ;)

Kolejna magia spotkała nas tuż przed naszym domem. Wiewiórcia po powrocie z pracy oświadczyła, iż stało się nieuniknione - przed naszym domem jest huntsman. Czym jest huntsman? Czymś, czego tygryski się boją najbardziej - ogromnym, paskudnym pająkiem. Oto kolega sprzed naszego domu:


Ogólnie to jego bać się nie trzeba, Dorasta do wielkości dwóch męskich dłoni, a cytując za moim szefem kuchni, gdy uderzy się go patelnią, spojrzy na Ciebie wzrokiem pytającym "What the fuck man?". Taaaak... Nie trzeba się go bać, jest nieszkodliwy, ale co z tego, gdy ja mam arachnofobię, powodującą iż widząc nieszkodliwe, śmiesznie małe polskie pająki, uciekam z piskiem nie patrząc gdzie. Widok tego okazu spowodował, iż zmiękły mi nogi. Prędzej uduszę się w mieszkaniu niż otworzę okno. Ale faktem jest, iż arachnofobia w Australii to lęk bardzo racjonalny i uzasadniony. Nie w przypadku huntsmanów, ale w przypadku czarnych wdów. W przypadku dzieci bądź osób osłabionych, np poprzez chorobę, po ukąszeniu mamy około 30 minut, by dostać się do szpitala i dostać surowicę. Dorosły, zdrowy człowiek nie musi się obawiać ostateczności, ale można bardzo spuchnąć. Ja będąc zapobiegawczą, niezmiennie będę się bać każdego napotkanego pająka. W najgorszym wypadku popadnę w depresję.

piątek, 30 sierpnia 2013

Aussi fashion street! I wskazówki dla palaczy.

*Uwaga, dzisiejszy wpis zawiera materiały, które niektórzy mogą uznać za gorszące!*

Dziś krótki poradnik dla palaczy, którzy postanowili wyjechać do Australii. Po pierwsze - nie palcie papierosów! Są niezdrowe, to raz. A co gorsza, tutaj również kosmicznie drogie. Z naszego wywiadu udało nam się ustalić, iż te najtańsze można zakupić w oszałamiająco niskiej cenie 13$! Natomiast za Marlboro na przykład, zapłacimy już 25$... O ile paczka papierosów dziennie w warunkach polskich to koszt około 360zł miesięcznie, o tyle takie samo tempo palenia w Australii będzie was kosztować... 2250zł miesięcznie! I tutaj chwila refleksji dla wszystkich palaczy: jest sens palić?
A jakby to was dalej nie przekonywało, to australijski rząd zadbał o to, byście nie mieli ochoty kupować papierosów. Palić pewnie dalej będziecie mieć ochotę, ale będzie to doświadczenie trochę mniej przyjemne. Dlaczego? Dlatego że tutaj nie cackają się z hasłami typu "Palenie powoduje raka", "Palenie szkodzi kobietom w ciąży", bla bla bla. Tutaj poszli o krok dalej! Uwaga, panie o słabych nerwach proszone są o zamknięcie oczu.
.
.
.
.
.
.
.
.

Tak jest, właśnie tak wygląda paczka papierosów. Powyżej nasz faworyt - gangrena. Można zakupić również paczki z innym dizajnem! Do wyboru: martwe noworodki, spalone płuca oraz wiele wiele innych. Podobno najbardziej znośne są te, z wielkim okiem na środku, coś co przestrzega o problemach zdrowiem (nie wiedziałam, że palenie szkodzi na oczy...). Niektórzy idąc do sklepu proszą sprzedawce o podanie całej szuflady z papierosami i szukają najmniej odrzucającego opakowania. Jak widać nie ma tutaj widocznego logo firmy, a to, co widzimy na dole, czyli JPS, to właśnie marka papierosów. Marlboro, Pall Malle, wszystkie wyglądają tak samo, tylko mały druczek na dole informuje nas o tym, co właśnie palimy. Też sprytne zagranie, dzięki temu ludzie nie dają się skusić znanemu logo bądź renomowanej marce. Na ulicach nie widać żadnych reklam wyrobów tytoniowych, zapewne w telewizji też ich nie ma. Mało tego, nie można tutaj kupić slimów, ponieważ to powoduje wzrost odsetek palaczy wśród kobiet. Podobno sporo ludzi unika nieprzyjemności związanych z wyglądem paczki poprzez kupowanie papierośnicy. Aaaale sprytne dziewczynki z Polski znalazły lepszy sposób. Oto jak przeprojektowałyśmy paczkę papierosów naszego kolegi ze szkoły:

Prawda, że od razu milej? Karteczki samoprzylepne w kształcie serduszka dostępne w każdym OfficeWorks'ie za jedyne 50c!

A co poza tym, wczoraj wreszcie udało nam się uchwycić w pełnej krasie, czym się charakteryzuje weekendowa stylówa na imprezę.  Drogie panie, szykujcie się - oby ten trend nie wszedł wkrótce do Polski ;)

Jak widać obowiązkowym elementem tutaj jest krótka sukienka/spódnica, ledwo zakrywająca pośladki, oraz szpilki z koturną o łącznej wysokości 20cm. Tutaj tego nie widać, ale kolejnym niezbędnym elementem jest dekolt odsłaniający 1/3 piersi (w zasadzie chodzi o to, by nie było widać sutków). I uwaga, nieważne jest, czy jesteś gruba, chuda, anorektyczna lub wręcz tłusta. Ten strój jest dobry dla każdego!
A tak na poważnie - to nie jest przypadkowe zdjęcie szalonej grupy dziewczyn. Tutaj naprawdę, KAŻDA lokalna dziewczyna tak się ubiera na imprezę. Sukienki są nieprzyzwoicie krótkie, dekolty szokująco wielkie. Dziewczyny starają się pokazać jak najwięcej. I prawdę powiedziawszy rzadko która ma przeciętną, normalną figurę. Tutaj dziewczyny są raczej przy kości. Wiele z nich nawet puszyste. Mimo to rozbierają się do granic możliwości i pokazują swoje kształty. Szpilek niższych niż 15cm się po prostu nie nosi.
No cóż, o gustach się nie mówi, pewnie wielu osobom się to podoba, pewnie wielu powie, że to dobrze, gdy dziewczyna się nie wstydzi swojego ciała (pewnie że dobrze! Ale jeszcze lepiej gdy się go nie wstydzi i umiejętnie podkreśli atuty, które posiada, maskując pewne niedoskonałości, zamiast eksponować je na wielkim bilboardzie z neonowym napisem "Hej! Popatrz jaki mam cellulit!"). My jednak nie zostałyśmy porwane przez lokalną modę i chodzimy na wieczornego drinka w dżinsach.

I jeszcze krótkie pytanie, gdzie się bawić w Sydney? Zależy co kto lubi! Na przykład, jeżeli jesteś fanem/fanką picia na umór i tłumu naćpanych ludzi, koniecznie wybierz się na King's Cross! Wczoraj tam wylądowałyśmy, gdyż dostałyśmy propozycję pracy promotorek klubu, postanowiłyśmy spróbować. Dwie godziny spędziłyśmy obserwując życie nocne na ulicach King's Cross. Prawdą się okazało to, co mówili nam ludzie, gdy oglądałyśmy tam mieszkanie na początku pobytu w Sydney: że to dziwna dzielnica i o ile całe miasto jest bezpiecznie, tam jest imprezownia, naćpani ludzie i dziwne typy. Wiadomo, w Polsce normą jest, że przed imprezą robi się mały bifor, coś tam się wypije, poprawi humorek a potem gdzieś idzie. Tutaj ludzie idący NA imprezę (nie wracający z niej) byli pijani jak Messerschmitty, bynajmniej nie tylko panowie, panie również trzymały fason. Trudno to nawet opisać. Naprawdę specyficzne miejsce, specyficzni ludzie, na pewno można się tutaj dobrze bawić do rana, ale chyba ciężko się wpasować w ten klimat na trzeźwo. Co ciekawe, Australijski rząd bardzo silnie stara się przeciwdziałać nadmiernej alkoholizacji (oraz hazardowi, który tutaj jest bardzo powszechny, ale nie zakazany), jednak o tym napiszemy kiedy indziej. Równie mocną grupą na King's Cross są ludzie mocno upojeni ciężkimi specyfikami. Podaruję sobie barwny opis, uwierzcie na słowo.
A jeśli nie jesteś fanem takiej zabawy? Trzymaj się ścisłego centrum miasta, tak zwanego CBD. Tam również są dzikie tłumy ludzi, masa klubów, jest też nasz tani pub z drinkami za 4$, ale wszystko jest takie bardziej normalne. Jasne, wstawieni ludzie, ale nie nawaleni jak stodoła. Kluby mają bardziej stanowczych ochroniarzy, przesadnie pijani ludzie są wyprowadzani. Jest zabawa i wszystko co z nią związane, ale jakoś tak to wszystko nie razi, nie przeraża.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Party rock! Czyli jak się bawi Sydney aka "Your accent is sexy!"

Niedziela, to właśnie czas na wpis o tym, kto, gdzie i jak się bawił. No cóż, mamy mieszkanie, mamy pracę, postanowiłyśmy trzeci weekend w tym niezwykłym mieście dla odmiany spędzić nie w łóżku, a gdzieś na mieście. W takich sytuacjach zawsze dobrze mieć przewodnika, którym w tym przypadku został kolega z pracy Ani i Wiewióry. Pytanie "What do you prefer? Posh or cheap?" Oczywiście że CHEAP! I gdzie trafiłyśmy?

*UWAGA, poniższy przekaz będzie zrozumiały wyłącznie dla Krakusów*
Moi drodzy, odkryłyśmy w Sydney wyjątkową hybrydę - Wielopole 15, czyli stary, dobry KITSCH połączony z... BANIALUKĄ!

Tak jest. W centrum miasta, stara kamienica ze stromymi schodami. Wchodzisz na pierwsze piętro, strefa raczej barowa. I tutaj wielka niespodzianka! Każdy drink za 4$! Piwo, wódka, szkocka, bourbon, coś tam, wszystko z softem do tego. Whooooa! Pisałam już, że minimalna australijska stawka godzinowa to 16$. W praktyce więc za 4 drinki/piwa musimy przepracować całą jedną godzinę! W najgorszym wypadku ;)
Idziemy dalej, piętro wyżej jest parkiet. Wejścia na to piętro pilnuje bucowaty ochroniarz, który przepuścił dwie z nas, a trzeciej wraz z Javierem kazał czekać. Więc mówimy do niego ładnie i grzecznie, że jesteśmy razem i czy nie moglibyśmy wejść, na co usłyszeliśmy "Could you shut up? If you wanna go up, just shut up". No cóż, co kraj, to obyczaj. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu, na górze również znalazłyśmy bar "wszystko za 4$". Muzyka całkiem przyjemna, taneczna, radiowa, do zabawy w sam raz. Sporo ludzi, buraczani ochroniarze pilnowali, by na górze nie było dzikiego tłumu i wpuszczali tylko określoną liczbę osób. Ogólnie to wielki plus, okazuje się, że można w Sydney zabawić się niewielkim kosztem, mieszanka ludzi podobna jak w Kitschu, a więc wesoło.
Niestety, wszystkie z nas to istotki pracujące, piątek świątek, więc na imprezę poszłyśmy po pracy, a następnego dnia również w perspektywie praca. Poskutkowało to tym, że nasza impreza skończyła się po 1,5h. Największą niespodziankę miałyśmy idąc na metro, gdy... spotkałyśmy znajomego! Wow, poczułyśmy się takie... lokalne! Wracamy z imprezy i spotykamy na ulicy znajomych! No dobra, jednego znajomego, ale zawsze coś.

Oczywiście musicie mieć świadomość, że takich miejsc w Sydney podobno nie ma zbyt wiele. Przeciętna knajpa za drinki woła sobie kilkanaście dolarów, piwo to około 7-8, różnie. W większości klubów obowiązuje dresscode, podobno najlepsze imprezy w knajpach gejowskich. No cóż, na razie to tylko "podobno". Pewnie za jakiś czas się przekonamy, jak przyjdą lepsze czasy ;)

Wracając już metrem do domu spotkałyśmy dwie dziewczyny upojone tak, że Rosjanie by się nie powstydzili, coś rzuciły, my odpowiedziałyśmy, na co usłyszałyśmy "Wooow! Your accent is sexy!". Tutaj ciekawostka, w wielu częściach świata ludzie nie mając wielu kontaktów z Polakami, słysząc polski-angielski kojarzą akcent z Rosją. Zresztą i my słysząc naszych rodaków niekiedy słyszymy rosyjski-angielski. A tutaj notorycznie, parę razy dziennie w pracy, ludzie pytają nas, skąd jest nasz akcent, bo brzmimy jak Szwedzi, ale trochę inaczej. Dodajcie do tego moje i Ani blond włosy oraz jasne oczy, skojarzenie jednoznaczne ;) Wiewióra bardziej jak Rumunka, ale też ok :D W każdym razie gdy już powiemy, że jesteśmy z Polski, z reguły ludzie reagują pozytywnym zaskoczeniem. Czasem bardzo pozytywnym, do tego stopnia, że jedna pani wsunęła mi delikatnie do ręki 10$ napiwku, być może pomyślała "Biedne dziecko z Polski, a taka uprzejma" ;)

Wkrótce, po dokonaniu odpowiedniej dokumentacji fotograficznej, postaramy się przedstawić jak wygląda "aussi fasion", bo po wczorajszej imprezie... No cóż, tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć. I bynajmniej nie robimy tutaj "ach i och", raczej wielkie oczy.

Ps. Kupiłyśmy łódkę! Parkujemy pod domem ;)


czwartek, 22 sierpnia 2013

Jak sobie radzić w Sydney? Kilka wskazówek. cz. I

Jako że jesteśmy tu już całe 2 (słownie: dwa!) tygodnie i czujemy się bardziej ogarnięte niż niejedna pani w agencji, której nazwy tutaj nie wymienimy, postanowiłyśmy się podzielić pierwszymi cennymi uwagami.

1. Jedzenie.
Mamy tutaj dwie opcje. Opcja a) mieszkasz w obskurnym hostelu i nie masz ochoty gotować we wspólnej kuchni. Opcja b) mieszkasz w mieszkaniu i nie masz nic przeciwko gotowaniu. W pierwszym przypadku okazuje się, że za stosunkowo niewielkie pieniądze, można całkiem dobrze pojeść. Jedyne co jest tutaj wymagane, to lekki reżim - trzeba czekać! Wspominałyśmy już wcześniej o tym patencie - w Sydney w każdym bardziej zatłoczonym miejscu, można spotkać Food Courty. Wygląda to jak część restauracyjna w każdej większej galerii handlowej, knajpka obok knajpki. Gdy minie lunch time, restauracje stają na głowie, by wyprzedać resztę jedzenia (w Polsce restauratorzy raczej wyrzucą jedzenie, niż sprzedadzą po kosztach, ale cóż, taka polityka). Koło 15-16 można kupić lunch-boxa za 5$, gdy wstrzymamy się do 17, można nawet kupić 3 za7$! Do wyboru do koloru, makarony, sałatki, tajskie z ryżem, japoński klasyk bento, a ja jako fanka tejże kuchni nieraz łapałam się na promocję "2 rolls for 3$!" (przy czym jeden roll to grubaśny mak o długości 10cm, można się tym zapchać). Gdy mamy już własne mieszkanko i chcemy gotować, zwłaszcza do szkoły, warto zachować pudełeczko po luch-boxie, bo można go do mikrofali wrzucać. Zakupy robimy w Aldi, kilka ciekawostek: 1kg makaronu penne za 1$, blok 0,5kg sera za 3$. Nawet jak na polskie realia, jest to tanio! A gdy przeliczymy to na najniższą australijską pensję - 16$ za godzinę - wręcz śmiesznie tanio. Gdy pójdziemy do lokalnych delikatesów, zapłacimy 2, 3 razy więcej. Da się? Da się!

2. Mieszkanie.
Poszukiwanie mieszkania to pierwsza rzecz, jaką powinno się zrobić po przyjeździe. Czemu? Bo z reguły trzeba wywalić niemałą kasę na tzw. Bonda, czyli kaucję. Zazwyczaj jest to 3-, bądź 4-tygodniowy czynsz. A z reguły na łebka wychodzi to do 200$ (za tydzień!), w zależności od wybranej opcji. Najtaniej oczywiście wynająć share room, czyli pokoj w mieszkaniu dzielony z kimś. Wtedy tygodniowy koszt życia to około 120$. Można wynająć cały pokój w dzielonym z kimś mieszkaniu - wtedy już trzeba liczyć się z kosztami rzędu 190$. No i można naszym wzorem, poszukiwać one-bedroom apartment bądź studio, czyli nasza polska garsoniera. Studio można wynająć za około 400$ (w dalszym ciągu, tygodniowo), nawet w centrum, gdy dzielimy je z kimś, wyjdzie nam po 200$. One-bedroom apartment to już koszt rzędy 450-600$ (tak, za tydzień wynajmu), ale nam we trójeczkę w takim dobrze i dzięki temu nie płacimy zbyt dużo ;) Na co trzeba się przygotować? Na maaasę dokumentów. Najlepiej przygotować referencje skąd tylko się da, gdy przedstawimy takowe z Australii, możemy być niemal pewni, że przyszli landlordowie zadzwonią by sprawdzić wiarygodność.
Wiele osób decyduje się na życie na obrzeżach. Co zyskujemy? Pieniądze. Na obrzeżach można wynająć cały dom za 500$ tygodniowo. Co tracimy? Czas. I pieniądze ;) Bo dojazd, metrem bądź autobusem, niejednokrotnie to 40 minut do godziny, czasem z przesiadką, a bilety tygodniowe też kosztują, mieszkając w centrum możemy w ogóle nie kupować biletów.

3. Telefony
Gdy jedziesz do Australii z kimś i lubisz dzwonić do Polski, da się to załatwić niskim kosztem. Na przykład, my korzystamy z Lycamobile, do siebie mamy za darmo, do Polski za 15 centów. Wiodące tutaj sieci telefoniczne to Vodafone, Telstra i Optus. Oni niestety nie mają tanich połączeń do Polski, ale niejednokrotnie bardzo dobre oferty - w abonamencie a 30$ miesięcznie nieograniczone smsy, 300mb internetu i najnowszy smartfon w pakciecie. Przypominam, najniższa stawka godzinowa stawka to 16$, a w każdej lepszej pracy można liczyć na ponad 20, mówimy tu więc o abonamencie równowartym 1,5 godziny pracy. iPhone'a możemy mieć w abonamencie za kilkadziesiąt $, dlatego niemal każdy tutaj takowego posiada.

4. Komunikacja
Jednorazowy przejazd metrem na krótkim odcinku, nawet 1 przystanek - 3,60$. Średnio się opłaca. A bilety okresowe? Gdy za pierwszym razem usłyszałyśmy, że tygodniowy bilet na metro to blisko 40$, opadły nam szczęki. 160$ miesięcznie? No ale zaraz - gdyby nam się udało dostać pracę, w której stawka wynosi np. 20$ za godzinę, tygodniowy bilet na metro to zaledwie dwie godziny naszej pracy... Drogo? W przeliczeniu na złotówki tak, w przeliczeniu na australijskie realia nie. Tak czy siak polecamy jednak dużo chodzić, wtedy można naprawdę poznać miasto i okolice ;) My mieszkamy w centrum, więc z metra nie korzystamy zbyt często, dlatego bilety kupujemy na bieżąco. I tutaj mały trik - warto kupować bilety typu "return". Jak pisałam, single kosztuje 3,60$, natomiast za return zapłacimy już 4,80. Gdyby kupować osobno w jedną stronę i osobno w drugą, wyjdzie nam to 7,20$. Jest to zauważalna różnica.

5. PRACA!
Kłamać, kłamać, kłamać :) Niestety, taka prawda. Zawsze odpowiadajcie "tak". Masz doświadczenie? Tak. Masz kurs RSA [odpowiedzialnego podawania alkoholu]? Tak (gdy dostaniesz pracę lecisz go szybciutko zrobić, organizowane codziennie, 6 godzin, certyfikat od ręki, można zrobić on-line). Masz Tax File Number [coś jak NIP]? Tak, złożyłeś/aś wniosek i czekasz na odpowiedź (w rzeczywistości możesz nawet tego samego dnia złożyć, masz czas do 2 tygodni by donieść go pracodawcy, a dostaniesz go po tygodniu). Umiesz zamontować silnik w odrzutowcu? Tak (tak czy siak, nikt nie każe Ci pracować oczekując, że się wszystkiego domyślisz, na pewno Cię przeszkolą). Oczywiście nie możemy kłamać, że mamy doświadczenie w Australii, bo prawdopodobnie sprawdzą to. A tak naprawdę podstawą jest dobry angielski. W dobrej restauracji dadzą Cię na kelnerkę, mimo że nie umiesz nieść trzech talerzy ani nie znasz zasad podawania jedzenia, gdy mówisz ładnym angielskim, podczas gdy biedna Emanulea z Chile ze znacznie większym doświadczeniem dalej będzie tylko runnerem (osobą podającą jedzenie do stołu), bo jej
angielski to w zasadzie Spanglish. To oczywiście tylko przykład, ale takich jest wiele. Mężczyźni z dobrym angielskim mogą spokojnie liczyć na posadę kelnera, ci którzy tylko dukają, nawet gdy prezentują się nienagannie, pewnie wylądują na kuchni na zmywaku. Tak więc moi mili, prawdą jest to, co nam rodzice truli od dziecka: ucz się angielskiego! Angielski to podstawa.
Co najbardziej się opłaca? Pracować na umowę! Nic na czarno, żadne cash in hand. Bo gdy masz umowę, dostajesz zwrot podatku, odkłada Ci się fundusz emerytalny, którzy przy ewentualnym wyjeździe z kraju możesz cały odzyskać (Australijczycy nie mogą go ruszać, z niego bowiem dostają emeryturę). Tak więc bądź dobrym obywatelem i płać podatki! Zwróci Ci się to, a stawkę dostaniesz taką samą albo i lepszą, niż w przypadku cash in hand.

No i na koniec najważniejsze - gdy ktoś Ci mówi, że zima w Australii bywa mroźna, uwierz mu na słowo. Przed wyjazdem zastanawiałam się, czy jest sens brać długie spodnie. Na szczęście nasz tutejszy mentor kategorycznie kazał nam zabrać ze sobą kilka par długich spodni i kurtki, bo zima BYWA MROŹNA. Tego roku podobno jest wyjątkowo łagodna i ciepła - temperatura w nocy spada tylko do 7 stopni (a przecież domy i mieszkania tutaj nie są ogrzewane). Dwa lata temu podobno bywały dni, gdy temperatura spadała do 0 stopni. Na przykład Ania stwierdziła, że to gadanie o zimie to przesada i nie wzięła kurtki, bo po co, do Australii? Teraz chodzi w czterech warstwach ubrania ;)
Cieple skarpety obowiązkowo!

No ale za miesiąc już wiosna, a zaraz potem - upały 40 stopni ;) I żeby nie było, dorzucamy zdjęcia okolicy NASZEGO autorstwa.



wtorek, 20 sierpnia 2013

Matko Bosko Morsko!

Doszło do zabawnego obrotu sytuacji. Wczoraj jedząc kolację przy butelce wina (a jest co opijać!), Ania mówi "Podobno Jarek ma dla nas jakąś ofertę pracy", na co zareagowałyśmy "Błagam, nie!".

Tak jest, mamy mieszkanie. Ładne mieszkanie dodam. Spory salon, fajna sypialnia, widok na park  i port, dobra okolica (wyjątkowo wrzucamy zdjęcie nie naszego autorstwa, bo jakoś tak ostatnio wiecznie w biegu, nie ma chwili na to, by przystanąć i sfotografować okolicę). Prawdę powiedziawszy to podobno co drugi Aussi marzy poniekąd o tym, by mieszkać na Kirribilli. Ale nieeee, nie ma tak łatwo. Nieruchomości do wynajmu nie ma prawie wcale, nie są tanie i trzeba mieć farta. Widać my mamy. Bo za nasze urocze mieszkanko płacimy mniej, niż wiele osób wynajmujących pokój w dzielonym mieszkaniu na obrzeżach. A my? Przechodzimy przez Harbour Bridge i jesteśmy w ścisłym centrum Sydney City. Mamy piękny widok na operę oraz, uwaga uwaga, kościół, w którym w niedzielę o 10:30 jest msza dla Polaków! A to przecież najważniejsze. Wiewióra powiedziała, że to kościół jakiejś Matki Boskiej Morskiej. Cóż, po weryfikacji okazało się, iż jest to "Star of the Sea Church". So close...

Mieszkanie poniekąd stało się początkiem naszej dobrej passy. Poszłyśmy na dalsze poszukiwania pracy, wchodząc do drugiej restauracji dziewczyny dostały zaproszenie na trail w następnym tygodniu. Ja musiałam wejść jeszcze do kilku innych, by po godzinie czasu mieć już umówione dwa traile, jeden jeszcze tego samego dnia, drugi dwa dni później. Mało tego, dziewczyny wracając do domu wstąpiły do jeszcze jednej knajpy, w której zostały poproszone o przybycie na trail tego samego dnia. Aktualnie nie za bardzo wiedzą, co robić i z której restauracji rezygnować. Dlatego też telefon z informacją, iż ktoś ma dla nas pracę, powoduje jęk niezadowolenia.

Ale najlepsze w tym wszystkim jest to, jak reagują ludzie. Oto jedna z rozmów, jaką każda z nas odbyła co najmniej 4 razy z ludźmi w pracy/szkole/gdziekolwiek:

 - Gdzie mieszkasz?
 - Kirribilli, North Sydney
 - Ooo, super. Jak długo to jesteś?
 - Hmmm... [udajemy, że liczymy w głowie, przyp. red] Jakieś 10 dni?
 - WHAT?!?!?! Jesteś tu 10 dni, masz pracę i własne mieszkanie na Kirribilli? To niemożliwe, ja szukałem/am pracy przez miesiąc/dwa miesiące/więcej.

No i tak to podobno jest, ludzie tu przyjeżdżają, dwa tygodnie spędzają na plaży, potem gorączkowo szukają roboty, o którą ponoć nie jest tak łatwo. Nam pierwsza praca wpadła dokładnie po ośmiu dniach od przyjazdu. Mieszkanie znalazłyśmy 5 dni po przyjeździe (ok, tak naprawdę to następnego dnia po przyjeździe znalazłyśmy, 4 dni po przyjeździe odrzuciłyśmy już dwie oferty, w których nas chcieli), umowę podpisałyśmy tydzień po przyjeździe. Ogólnie to całkiem nieźle sobie radzimy ;)

Niestety, wraz z nadejściem pracy, mamy mniej czasu. Każda pracuje inaczej, ciężko nam będzie teraz skupić się na odkrywaniu uroków Sydney i Australii. Jak na razie najbliższy kontakt z kangurem jaki miałam, to ten na talerzu, bo lokalną specjalnością są steki z kangura, ale nie polecam, podaje się je wyłącznie bardzo krwiste.

Zima wciąż daje się we znaki, w dalszym ciągu nie ma potrzeby golić nóg, gdyż tylko szaleniec ubrałby krótkie spodenki.